- Manuszewski! Ty graj! - ryknął w swoim stylu „Pomidor” przerywając piknikową atmosferę na legendarnym GOS-ie. Część kibiców znów się obejrzała, jakby to była sytuacja co najmniej zaskakująca, niektórzy uśmiechnęli się pod nosem. Dariusz Dźwigała nie mógł znać „Pomidora”. Z perspektywy boiska być może coś tam słyszał, a być może docierał do niego wyłącznie hipnotyzujący odgłos łuskanego słonecznika, tak charakterystyczny wówczas na naszym stadionie. W każdym razie Dźwigała ustawił piłkę bardzo pieczołowicie. Spojrzał głęboko w oczy ustawionego trzydzieści metrów dalej bramkarza, Przemysława Norko (tak, mieliśmy przez chwilę takiego ananasa w bramce. Zapamiętałem go choćby z tego, że kiedyś w ulewnym deszczu bronił ubrany cały na biało. Po 90 minutach, cały w błocie, wyglądał komicznie ). Dźwigała wziął dwu, albo trzymetrowy rozbieg i po prostu huknął jak z armaty. Tutaj by nawet Buffon nie pomógł. Piłka niczym pocisk ominęła mur i wylądowała w naszej bramce. Byłą 76 minuta, Górnik wyszedł na prowadzenie 2:3, a Pana Darka najbardziej wyściskał chyba solidny stoper, Grzegorz Lekki, który trzy minuty wcześniej walnął swojaka. „Pomidor”, tu Was trochę wprowadzę w temat, to był taki legendarny kibic z lat dziewięćdziesiątych. Zawsze siedzący na niskich trybunach, dokładnie naprzeciwko symbolicznej „Jaskółki” (dawnej trybuny VIP). Zawsze, niezależnie od tego czy Jacek Manuszewski dawał na boisku koncert, czy akurat przechodził obok meczu, wiecznie czerwony na twarzy Pan „Pomidor” trzy, cztery razy w ciągu meczu uruchamiał ten swój chrypiący baryton i w najmniej spodziewanym momencie krzyczał: - Manuszewski! Ty graj! A Pan Jacek grał. Czasem lepiej, czasem gorzej. Będzie długo. Obiecuję, że ciekawie. Jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądała piłka od kulis w latach dziewięćdziesiątych, to bierzcie kawę, kanapki i siadajcie wygodnie przed monitorem. Zapraszam. Ten gol Dźwigały tak oczarował ś.p. Redaktora Janusza Atlasa, że – jeśli się nie mylę – to po nim dał w „Piłce Nożnej” na okładkę wielkie zdjęcie Darka opatrzone tytułem: „Wielkie gały Dźwigały”. Mecz, o którym wspominam, odbył się w sezonie 1998/99. To była ledwie szósta kolejka, Zagłębie wówczas grało w kratkę, bo potrafiło zremisować na Legii, czy ograć w Krakowie snującą mocarstwowe plany Wisłę, a chwilę wcześniej przegrać w Lubinie z Bełchatowem (pamiętam, po bramce na 2:1 cieszył się jak dziecko wytransferowany chwilę wcześniej z Zagłębia Piotr Przerywacz) czy dostać w łeb, też u siebie, od Ruchu Chorzów, a załatwił nas wspominany przeze mnie z nostalgią duet Bizacki – Śrutwa. Kto widział ich na żywo, ten wie. Ale grali! Tamtego meczu z Górnikiem jednak nie przegraliśmy. W 88 minucie któryś z zabrzan wyciął w polu karnym bodaj Klimka, a gola na wagę remisu zdobył z rzutu karnego Wojciech Górski. Sezon kończyliśmy na ósmej pozycji, tuż za Górnikiem, mającym punkt więcej od nas. Czyli, powiedzmy, tak sobie. Lecz w tamtych latach szczytem naszych możliwości był raczej środek tabeli. Jeśli wracam pamięcią do spotkań z Górnikiem, to raczej wspominam te mecze rozgrywane na legendarnym GOSie. Zaryzykuję i napiszę, że ten obiekt, choć wyszydzany, że brzydki i dożynkowy, miał jednak swój niepowtarzalny klimat. Najlepsze i najbardziej pamiętne mecze obejrzałem właśnie na tym obiekcie. Z Górnikiem w tamtym okresie graliśmy jak równy z równym, choć oba zespoły były wtedy raczej ligowymi średniakami. U nich najczęściej przegrywaliśmy, często 2:1, albo 1:0, u siebie było dokładnie odwrotnie – to my po, jak to się mówi, typowym meczu walki, szarpaliśmy trzy punkty po skromnym zwycięstwie. Choć pamiętam taki mecz rozegrany w sezonie 1995/96, gdy nasze ambicje po legendarnej rundzie wiosennej rozegranej sezon wcześniej, sięgały bardzo wysoko. Skończyło się jak zwykle – mordercza walka o środek tabeli. Przypomnę, bo to był wspaniały czas, rok wcześniej Zagłębie po jesieni było dwunaste, albo trzynaste, zaś wiosną wygrywało niemal wszystko, przegrywając tylko jeden mecz – nie, nie z Legią, a z...Hutnikiem Kraków u siebie. Co tam się wtedy działo! Po końcowym gwizdku część kibiców zgromadziło się po lewej stronie „Jaskółki”, była telewizja, były gorzkie okrzyki, jakiś chłop syrenę odpalił... Miejsce w pucharach jednak wywalczyliśmy, pieczętując sukces wygraną u siebie 2:1 z Legią Warszawa. Kilka tygodni później czekał już na Nas Milan. Wracając jednak do spotkania z sezonu 1995/96, graliśmy wówczas w Zabrzu. Gospodarzy na prowadzenie wyprowadził nieśmiertelny Arkadiusz Kampka. Co ciekawe, był to chyba pierwszy mecz Zagłębia transmitowany w TVP 2. Żeby było jeszcze ciekawiej, „publiczna”, owszem, pokazywała wówczas mecze ekstraklasy (jeden w kolejce), ale...tylko drugie połowy. Tylko drugie połowy. Wyobrażacie to sobie? :) Do przerwy było więc w plecy, choć gola Kampki oczywiście nie widzieliśmy. Chciałbym napisać, że po zmianie stron Zagłębie grało koncert – niestety, nie grało, z naszej strony było wyjątkowo słabo. Przyszła jednak 84 minuta. Dośrodkowanie w pole karne, jakaś przebitka i nagle do siatki trafia rosły napastnik, Grzegorz Szeliga, którego zapamiętałem jedynie z tego, że po którymś z meczów prawie kłócił się z ochroniarzem, bo ten...nie chciał wpuścić do budynku klubowego jego syna, chyba Karola, który grał później w Wicherze Kobyłka. Szeliga na pewnym etapie kariery błąkał się nawet w Legii, doprowadził do wyrównania (w tamtym sezonie strzelił sześć goli, a łącznie dla Zagłębia...siedem), a cztery minuty później bramkę na wagę zwycięstwa zdobył Wojciech Górski, który tak się tym ucieszył, że pokazał kibicom Górnika...gest Kozakiewicza. Na oczach widzów. Takie to były czasy :) Gdy myślę o Górniku, przychodzi mi na myśl kilku zawodników. O Kampce już było. Numer jeden to był dla mnie Adam Kompała, taki ofensywny pomocnik, albo podwieszony napastnik, który sezon 1999/00 miał życiowy – sieknął 19 bramek i został królem strzelców (do spółki z dwoma innymi zawodnikami). Bardzo skuteczny, ciekawy piłkarz. Wielkim zawodnikiem miał być Marek Szemoński, też napastnik. Ba, miał być nawet następcą Włodzimierza Lubańskiego, ale jego losy potoczyły sięi inaczej i tak jak szybko jego gwiazda zaświeciła, tak równie szybko zgasła. Dobrym, solidnym piłkarzem był rosły stoper, Piotr Jegor, który na boisku raczej się nie pieścił. Charakterny piłkarz, którego życie jednak nie oszczędziło – wskutek różnych popełnionych błędów w pewnym momencie musiał pracować fizycznie. Solidnym stoperem był Grzegorz Lekki, który w Górniku grał od zawsze, a w pewnym momencie wzięła go nawet bardzo silna wówczas Wisła. W Krakowie Lekki długo jednak nie pograł, szybko wrócił do Zabrza, skąd wyjechał do Niemiec i w 2. Bundeslidze pograł parę lat. Bardzo - moim zdaniem – niedocenianym zawodnikiem był środkowy pomocnik,Grzegorz Bonk, potrafił dać asystę, czy nawet bramkę, lubiłem oglądać jego grę. Kto jeszcze? No, choćby Mariusz Nosal, w Górniku jeszcze tak nie błyszczał, ale już później w Płocku, czy Wodzisławiu potrafił strzelić po kilkanaście bramek w sezonie. Albo taki ananas, Cornelius Udebuluzor się nazywał. Nie wiem, czy się pomylę, ale to był chyba pierwszy czarnoskóry gracz w barwach Górnika. Nigeryjczyk z miejsca stał się...ulubieńcem trybun w Zabrzu. Było nawet takie zdjęcie w „Piłce Nożnej”, gdy napastnik, fetując jednego z dwóch goli wbitych w debiucie w meczu z Legią (2:3), wisiał na płocie w Zabrzu obejmowany przez grupę kibiców Górnika. A trzeba wiedzieć, że połowa lat dziewięćdziesiątych to były takie czasy, gdy goście z Afryki niekoniecznie byli witani przez kibiców z otwartymi ramionami. Udebuluzor pograł w Zabrzu rundę, szybko zawinął się do słonecznej Grecji, ale największą karierę zrobił w...Honkongu. Tam był uwielbiany. Tam był jak Bóg. Przeglądam sobie historię naszych spotkań z Górnikiem, przypominam fragmenty meczów, zawodników, takiego wyraźnego zwycięstwa w pojedynczym spotkaniu to, niestety, nie widzę. W Zabrzu, owszem, widzą, mając przed oczami mecz z sezonu mecz z sezonu 2010/11, gdy wrzucili nam „piątkę”, a na Roosvelta błyszczeli Banaś, Kwiek czy Jeż (wszyscy po golu), których później, każdego z osobna z wielkim optymizmem, witaliśmy w Lubinie. Żaden z nich w barwach Zagłębia nie grał jednak nawet połowy z tego, co prezentowali w Zabrzu. Ale to już wiecie. Choć był, na przykład, taki mecz w sezonie 2001/02, gdy ograliśmy Górnik (3:1). Manuszewski nie dał wówczas koncertu, „Pomidor”, jeśli krzyczał, to już, niestety, z zaświatów, a lubińska publiczność oklaskiwała przede wszystkim Andrzeja Niedzielana, który niemiłosiernie objeżdżał ważącego wtedy ze 120 kilogramów Dicksona Choto. Wydawało się wówczas, że w osobie Niedzielana mamy napastnika na lata, wydawało się wówczas, że Choto nadaje się jedynie do kręcenia waty na molo i zostanie szybko spakowany i wysłany do Afryki. Tymczasem sezon później Andrzej szalał już w...Górniku (15 bramek w 14 meczach), gdzie wypożyczyliśmy go pół roku po tym świetnym meczu w Lubinie. W feralnym dla nas sezonie 2002/03, gdy wzmocnieni ligowymi tuzami w osobach Bogdana i Marka Zająców, Olgierda Moskalewicza, Jarosława Krupskiego, czy Artura Andruszczaka, sięgaliśmy marzeniami naprawdę wysoko, to właśnie Górnik szybko, bo już w drugiej kolejce, sprowadził nas na ziemię. Wówczas jeszcze nic nie zapowiadało katastrofy, to była ledwie druga kolejka, a my w pierwszej zdemolowaliśmy słabiutką, jak się później okazało, Pogoń. Niemniej, tamto 2:3 w Zabrzu przyjęto ze sporym rozczarowaniem, a był to naprawdę ciekawy mecz, w którym, prócz koncertu ze strony Niedzielana, sporo się działo. W 45 minucie za czerwoną kartkę wyleciał z boiska, Marek Zając, który ledwie dwie minuty wcześniej trafił do siatki Górnika. W 57 minucie siły się wyrównały, bo do szatni udał się bramkarz Górnika, Piotr Lech (ex Zagłębiak,który zakończy nam tekst). To było przy stanie 2:1 dla gospodarzy, było zatem jeszcze sporo czasu, aby odwrócić losy meczu. Niestety, w końcówce na 3:1 trafił Kompała, a rozmiary porażki tuż przed końcowym gwizdkiem arbitra zmniejszył Zbigniew Grzybowski. Tamten sezon, jak pamiętamy, zakończył się naszym spadkiem, i to z hukiem. Górnik finiszował na siódmej pozycji, a prócz Niedzielana, cieszyć się mógł lewy obrońca, Tomasz Prasnal, którego transfer do Zagłębia przed tym fatalnym sezonem wysypał się na ostatniej prostej. Zakończę wspomnieniem Piotra Lecha. Wielkie chłopisko, świetny bramkarz, który tylko potwierdzał tezę, że zawodnicy występujący między słupkami czasami są lekko szurnięci. Lech , który bronił u Nas wiosną 1998 i raczej poza solidnością nic nie pokazał, miał dość osobliwe podejście do życia. Pytany kiedyś o to, co je rano przed treningiem na śniadanie, zwykł mówić: Śniadanie? Jakie śniadanie? Fajura i kawa! To był kawał byka, ale przy tym był niesamowicie sprawny fizycznie. Na boisku niezwykle twardy. Jak wychodził do dośrodkowania, to zawsze z wysoko uniesionym kolanem. Jak ktoś się nadział, to zbierali go dwadzieścia minut. Piotr był czasami raptusem, o czym przekonał się jego kolega z Górnika, Brazylijczyk Joao Paulo Heidemann, który chyba powiedział coś nie tak, bo Piotrek mocno wstrząsnął nim w szatni. A już legendarny jest zakład bramkarza z jednym z zawodników bodaj Ruchu. Otóż Pan Piotr założył się z kolegą, że...przeskoczy przez samochód. Żeby było jeszcze ciekawej – przeskoczy przez jadący samochód. Słowa oczywiście dotrzymał. Przeskoczył. A było tak. Wyobraźcie sobie, że jest rano. Wcześnie rano, Polska budzi się do życia. Gdzieś na Górnym Śląsku księgowa ekstraklasowego klubu jedzie do pracy swoim „maluchem”. Jest już w miarę blisko, jeszcze jakieś sto metrów, może nieco więcej, w aucie ciepło, bo nagrzane, radio gra piosenkę, może Demono albo Varius Manx, nie wiadomo. Księgowa jedzie, gdy nagle coś wyskakuje z lewej strony. Świat księgowej zatrzymuje się na sekundy, ma więc czas, aby podziwiać z przerażeniem jak potężne chłopisko frunie nad dachem jej malucha. Księgowa gwałtownie hamuje, serducho wali jej jak oszalałe, może nawet uchyla szybę, by coś powiedzieć, ale słyszy tylko gromki śmiech i głośne: - Ha! Mówiłem! Mówiłem! Cały Piotr Lech, proszę Państwa. Takich zawodników już nie ma. Teraz to już tylko kulki mocy i piękne słowa kierowane do kibiców na instagramie. Aż sobie wyobraziłem, co by było, gdyby w czasach kariery Piotrek wrzucał instastory... ;-)   kizak09
źródło:

KONKURS TYPERA

mkszaglebie.pl
Sprawdź swoje umiejętności i typuj z MKSZaglebie.pl. Wygrywaj nagrody!

DODAJ KOMENTARZ (NIEZALOGOWANY)

Możliwość dodawania komentarzy została wyłączona!
 

KOMENTARZE (0)