Kto nauczył pana walczyć?
Życie.
Czyli?
Gdy miałem sześć lat, mama zmarła na raka. Najgorsza była chwila, w której się o tym dowiedziałem. Przebywałem w przedszkolu, inni rodzice powiedzieli już swoim dzieciom, że mama Konrada nie żyje, a ja jeszcze tego nie wiedziałem, wierzyłem, że będzie dobrze. Siedzieliśmy w klasie, któreś z dzieciaków wypaliło: „twoja mama umarła”. Upierałem się, że jest w szpitalu, że z tego wyjdzie. „Nie żyje, rodzice mi o tym powiedzieli!” – usłyszałem. Ogromny cios. Nie da się wytłumaczyć sześciolatkowi, że nigdy więcej nie zobaczy najbliższej mu osoby.
**
Ten najistotniejszy miał miejsce w ubiegłym roku. Walka, którą stoczył pan z własnym organizmem, przez długi czas była dla większości ludzi tajemnicą.
Problemy zaczęły się w okolicach świąt Wielkanocnych w 2018 roku. Na początku nie dopuszczałem do siebie myśli, że coś mi dolega. Ból brzucha? Zdarza się. Miałem rozegrać mecz w rezerwach Zagłębia, które grały w Wielką Sobotę. Ataki zaczęły się w piątek. Brałem tabletki, nie pomagały. Przez całą noc leżałem zapocony, kwiczałem z bólu. Sądziłem, że pewnie źle upadłem na treningu i to efekty. Nafaszerowałem się więc lekami, poszedłem do klubu. Patrzyli na mnie niepewnie: niewyspany, blady, ale zapewniłem ich, że dam radę, że jest ok.
Czemu mówił pan, że jest dobrze, skoro dobrze nie było?
Nie chciałem, by zostało to źle odebrane. Aby ktoś pomyślał, że kombinuję, by nie grać w rezerwach. Zdarzały się takie przypadki i wiem, jak to było postrzegane. Nigdy bym nie chciał, żeby ktoś mnie o to podejrzewał, bo uważam, że schodząc do drugiej drużyny powinno się być przykładem dla młodych chłopaków. Nie zdarzyło mi się, abym na to narzekał. Dziś mam 27 lat, pewnie jeszcze nie raz się zdarzy, że będę miał zagrać w drugim zespole. I zawsze będę bronił z tak samym zaangażowaniem.
**