Siedemdziesiąty mecz pomiędzy Legią Warszawa a Zagłębiem Lubin był sporą niewiadomą. Patrząc na to, jak legioniści prezentowali się w ostatnich tygodniach oraz na to, że "Miedziowi" mieli na koncie dwa zwycięstwa z rzędu, podopieczni Czesława Michniewicza nie byli murowanymi faworytami niedzielnej potyczki. Oczywiście każdy kibic Zagłębia wiedział, że nawet słaba Legia, to jednak Legia i mimo pewnych zrządzeń losu, pojedynek w 7. kolejce nie będzie należał do najprostszych. Warto odnotować, że w obu zespołach zabrakło kilku graczy, którzy w ostatnim czasie występowali od pierwszych minut - w Legii był nim Bartosz Kapustka, zaś w Zagłębiu Sasa Zivec. Klub na swoim Twitterze przed meczem poinformował, że Sasa jest przeziębiony.
Wracając do meczu. Pierwszego gola w meczu widzieliśmy już w 4. minucie meczu, gdy Jewgienij Baszkirow zagrał do Filipa Starzyńskiego, a ten pokonał Artura Boruca. Niestety dla nas, w tej sytuacji był spalony, który nawet nie był zbyt długo badany na wozie VAR. Mały plusik dla "Baszki" za podanie w tej akcji, bo mimo spalonego wyglądało to naprawdę efektownie. W 14. minucie spotkanie mieliśmy fantasyczną akcję Dejana Drazicia i Samuela Mraza. Napastnik dostał podanie od Serba, piętą do niego dograł, a wypożyczony ze Slovana Bratysława pomocnik mocno strzelił w kierunku bramki - niestety na posterunku był Boruc.
W pierwszych dwóch kwadransach graliśmy naprawdę nieźle, piłkarsko długimi fragmentami wyglądaliśmy lepiej od posiadających solidną kadrę gospodarzy. Na nasze nieszczęście, w 30. minucie straciliśmy bramkę. Podanie otrzymał Tomas Pekhart, obrócił się z piłką, zmylił Lorenco Simicia i zza pola karnego uderzył w lewy róg bramki bezradnego Dominika Hładuna, dając tym samym Legii prowadzenie. Kolejne kilka minut należało do Legii i mieliśmy sporo szczęścia, że rywale nie zdołali zdobyć drugiej bramki.
W 36. minucie Patryk Szysz pomknął prawą stroną, wygrał pojedynek z rywalami, podał sprytnie do Drażicia, który czując kontakt z rywalem w polu karnym, przewrócił się. Sędzia Piotr Lasyk uznał, że Bartosz Slisz faulował Drażicia i wskazał na wapno. W 38. minucie jedenastkę pewnie wykorzystał Filip Starzyński, dla którego był 35. ligowy gol z rzutu karnego w karierze. Do przerwy nie mieliśmy się czego wstydzić i do szatni nasi piłkarze schodzili remisując z mistrzem Polski 1:1.
Po przerwie wyglądaliśmy jednak... dramatycznie. To prawda, to mocne słowo, ale niestety przez całą drugą połowę nie potrafiliśmy znaleźć recepty na to żeby stworzyć sobie groźną sytuację. Jedynym wyjątkiem w drugiej połowie była sytuacja z 50. minuty meczu, gdy po ciekawie rozegranym rzucie rożnym, piłka trafiła pod nogi Sasy Balicia, ale ten z pięciu metrów wyekspediował ją... w maliny.
Legia zdobyła drugiego gola trzy minuty po sytuacji Balicia. Tym razem Luquinhas dośrodkował do Tomasa Pekharta, który tym razem pokonał Hładuna strzałem głową. W tej sytuacji dużo więcej mogli zrobić Lubomir Guldan i Sasa Balić, którzy pozostawili czeskiemu napastnikowi zbyt wiele miejsca.
Trener Martin Sevela próbował, trochę po swojemu, gonić wynik, wprowadzając między innymi Jakuba Żubrowskiego za Dejana Drażicia, ale ostatecznie rezultat spotkania już się nie zmienił i Zagłębie Lubin musiało pogodzić się z porażką 1:2.
O samą przegraną z Legią, w dodatku na jej terenie, nie mamy pretensji. Ale styl w drugiej połowie był porażający, a negatywny odbiór gry naszej drużyny w tej części meczu potęguje fakt, że w pierwszej połowie wyglądała ona całkiem nieźle. Sytuacja w tabeli jest niezła, ale należy wziąć się w garść, bo taka postawa, jak w drugiej połowie meczu z Legią, po prostu Zagłębiu Lubin nie przystoi.
