Przed Zagłębiem Lubin blisko trzy tygodnie przerwy od ligowego grania. To dobry moment, żeby na pierwszą część sezonu spojrzeć z większego dystansu. Obraz jest niejednoznaczny. „Miedziowi” mają 15 punktów i zajmują siódme miejsce, więc wynikowo trudno mówić o powodach do niepokoju. Problem w tym, że coraz częściej są drużyną, którą po prostu trudno się ogląda. Futbol Leszka Ojrzyńskiego jest ubogi, przewidywalny i zbyt często opiera się na środkach kojarzących się bardziej z niższymi ligami niż z zespołem, który chciałby osiągnąć coś więcej niż spokojne utrzymanie w ekstraklasie.

Na papierze sytuacja wygląda przyzwoicie. Cztery zwycięstwa, trzy remisy, dwie porażki i siódme miejsce. Do czwartej Wisły Kraków Zagłębie traci zaledwie dwa punkty, a taki sam dorobek jak nasi zawodnicy mają piąta Pogoń Szczecin i szósta Korona Kielce. Bilans bramkowy 11:10 również nie daje powodów do bicia na alarm. Gdyby więc pracę Ojrzyńskiego oceniać wyłącznie przez pryzmat tabeli, trudno byłoby formułować w zasadzie jakiekolwiek zarzuty. Dziewięć kolejek wystarczyło jednak, żeby zobaczyć kierunek, w którym zmierza ten zespół. I tutaj powodów do optymizmu jest już zdecydowanie mniej.

Punkty są, ale coraz trudniej się to ogląda

Zagłębie potrafi punktować, ale zdecydowanie za rzadko potrafi grać w piłkę. Nie chodzi przy tym o efektowność dla samej efektowności. Nikt w Lubinie nie oczekuje tiki-taki ani dominowania każdego przeciwnika przez 90 minut. Problem pojawia się wtedy, gdy defensywne nastawienie staje się podstawowym i jedynym rozwiązaniem niezależnie od klasy rywala i przebiegu spotkania. Statystyki dobrze pokazują, dlaczego oglądanie „Miedziowych” bywa tak męczące. Średnie posiadanie piłki wynosi 43 procent, co daje Zagłębiu przedostatnie miejsce w ekstraklasie. Gorzej wypada jedynie Pogoń Szczecin z wynikiem 42 procent. Jeszcze bardziej wymowna jest celność podań. Lubinianie zamykają ligową stawkę z wynikiem 76 procent, podczas gdy lider tej klasyfikacji osiąga 85 procent. Samo oddawanie piłki przeciwnikowi oczywiście nie oznacza mordowania futbolu. Można świadomie bronić niżej, dobrze organizować się bez piłki, błyskawicznie przechodzić do kontrataku i regularnie tworzyć sytuacje. W przypadku Zagłębia zbyt często trudno mówić o dobrze zaplanowanym futbolu reaktywnym. Zamiast tego oglądamy pozbywanie się piłki i oczekiwanie na ruch przeciwnika. A reakcja nawet na to bardzo często jest daleka od idealnej. Najlepszym przykładem było spotkanie z Pogonią Szczecin. Zagłębie przez zdecydowaną większość meczu grało w przewadze jednego zawodnika, a momentami praktycznie nie było tego widać. Bezradność w konstruowaniu ataku przeciwko osłabionemu rywalowi była jednym z najbardziej alarmujących obrazków tej części sezonu. Pod względem liczby strzałów "Miedziowi" zajmują dziesiąte miejsce z 122 próbami. Gorzej wygląda jakość wypracowanych okazji. Łączne xG Zagłębia wynosi 12,94, co daje dopiero 13. pozycję w lidze. Jedenaście zdobytych bramek to z kolei 12. wynik w ekstraklasie. Znacznie korzystniej prezentuje się defensywa. xGA na poziomie 11,50 należy do niższych w lidze, co częściowo tłumaczy, dlaczego ten sposób gry nadal pozwala regularnie zdobywać punkty. Ojrzyński stworzył zespół trudny do rywalizacji dla przeciwnika, walczący i potrafiący przetrwać trudniejsze momenty. Problem w tym, że na tym fundamencie jak dotąd zbudowano niewiele więcej w kontekście atakowania.

Reguła, stałe fragmenty i... co dalej?

Największą bolączką naszej drużyny pozostaje przewidywalność. Stały fragment gry, błąd przeciwnika albo indywidualny błysk Marcela Reguły - to obecnie główne sposoby na stworzenie realnego zagrożenia. Jeśli żaden z tych elementów nie zadziała, zaczynają się problemy. Reguła pozostaje jednym z najważniejszych argumentów ofensywnych zespołu. W dobrej dyspozycji potrafi samodzielnie napędzić akcję, wygrać pojedynek i stworzyć zagrożenie w sytuacji, w której chwilę wcześniej niewiele na nie wskazywało. Uzależnianie ofensywy od indywidualnego błysku jednego, wciąż młodego zawodnika nie może jednak stanowić długofalowego planu. Najlepiej widać to w spotkaniach, w których Reguła ma słabszy dzień lub rywal wie, jak bronić przeciwko Marcelowi. Zagłębie nagle nie bardzo wie, co zrobić z piłką. Brakuje mechanizmów pozwalających regularnie przedostawać się pod bramkę przeciwnika, a atak pozycyjny praktycznie nie istnieje. Pozostają stałe fragmenty, długa piłka w stylu angielskich niższych lig, walka o drugą piłkę i nadzieja, że ktoś zrobi coś ponad schemat.

Jesienią poprzedniego sezonu ten futbol, mimo wszystkich swoich ograniczeń, był bardziej efektywny. W składzie naszej drużyny znajdował się Leonardo Rocha, czyli napastnik pasujący w stu procentach do takiego sposobu gry. Obecnie Zagłębie nadal próbuje korzystać z wcześniej zaplanowanych środków, ale nie dysponuje już taką samą jakością w ich wykorzystaniu. Levente Szabó, Filip Szymczak i Michalis Kosídis to jednak nie ta sama para kaloszy co Rocha. Dlatego trudno bezkrytycznie przyjmować argument, że „taki jest styl Ojrzyńskiego, a najważniejsze są punkty”. Punkty oczywiście są najważniejsze. Obecny sposób gry nie daje jednak żadnej gwarancji, że będą zdobywane w podobnym tempie przez cały sezon. Poprzednie rozgrywki pokazały, że summa summarum punktujemy zgodnie z potencjałem, a przez mizerną jakość futbolu wielu kibiców gorzko wspomina kampanię, która w pewnym momencie mogła przynieść Zagłębiu najwyższe miejsce w lidze od dziesięciu lat.

Dobre mecze wciąż są wyjątkami

Najbardziej frustrujące jest to, że Zagłębie zdążyło już pokazać, że potrafi grać inaczej. Derby ze Śląskiem Wrocław czy zwycięstwo z GKS-em Katowice podczas obchodów 80-lecia klubu udowodniły, że ta drużyna nie musi przez większość spotkania stać nisko i czekać na przeciwnika. Potrafi zagrać ofensywnie i widowiskowo. Na razie takie występy są jednak wyjątkami, a nie nomen-omen… regułą. W Radomiu było 0:0. Z Pogonią również 0:0. Z Wieczystą Zagłębie zremisowało 1:1, przez długie fragmenty pozwalając beniaminkowi całkowicie przejąć inicjatywę. Później przyszły zwycięstwo 2:1 z GKS-em oraz szalone 3:2 z Rakowem. Spotkanie w Częstochowie doskonale pokazało zarówno największą zaletę tej drużyny, jak i jej problemy. Zagłębie przez długi czas grało słabo i nie ma sensu po czasie tego zwycięstwa upiększać. Jednocześnie właśnie tam zespół pokazał ogromny charakter. Przegrywał, wrócił do meczu, objął prowadzenie, stracił je w doliczonym czasie, a mimo tego ponownie zaatakował i wyrwał trzy punkty po trafieniu Damiana Michalskiego. Braku zaangażowania, ambicji i walki tej drużynie zarzucić nie można.

I właśnie dlatego obecny obraz Zagłębia tak mocno drażni. To nie jest zespół pozbawiony jakości czy charakteru. Po prostu zbyt rzadko dostaje możliwość, żeby tę jakość pokazać w bardziej ambitnym futbolu. W kuluarach coraz częściej mówią o tym zawodnicy, którzy chcą grać odważniej. Ostatnie spotkanie przed przerwą tylko to potwierdziło. Wisła Płock oddała nam inicjatywę, wygrała w Lubinie 2:0, a "Miedziowi", mimo 53 procent posiadania piłki, 15 strzałów i sześciu celnych uderzeń, nie stworzyli ani jednej sytuacji, którą można nazwać jako stuprocentową. Można mieć piłkę i można strzelać, ale jeśli nie masz pomysłu na zaskoczenie rywala, podstawowy problem pozostaje ten sam.

Siarka to kompromitacja, której nie można zamieść pod dywan

Ligowe 15 punktów nie może również przykryć wydarzeń z STS Pucharu Polski. Porażka 2:3 z trzecioligową Siarką Tarnobrzeg była kompromitacją i jednym z najmocniejszych argumentów przeciwko sposobowi prowadzenia zespołu przez Ojrzyńskiego. Nie chodzi wyłącznie o wynik. Pucharowe niespodzianki się zdarzają, a zespoły z niższych lig regularnie eliminują faworytów. Znacznie większym problemem było podejście Zagłębia do tego spotkania. Ojrzyński wystawił mocno eksperymentalny skład z dużą liczbą młodych zawodników, ale trudno uznać to za wystarczające usprawiedliwienie. Nawet przeciwko trzecioligowcowi Zagłębie wyglądało na drużynę ustawioną przede wszystkim z myślą o zabezpieczeniu własnej bramki. Szczególnie niezrozumiała była decyzja o zdjęciu w przerwie Cypriana Popielca, jednego z nielicznych zawodników próbujących grać ofensywnie. Jeśli Zagłębie zachowawczo podchodzi nawet do meczu z Siarką Tarnobrzeg, trudno nie zadać prostego pytania - przeciwko komu właściwie ma zacząć grać odważnie? Pucharowa wpadka pozostaje poważnym kamykiem do ogródka trenera. Tym bardziej że nie była całkowicie oderwanym od rzeczywistości pojedynczym przypadkiem, lecz skrajną wersją problemu, który widać również w lidze.

Reguła i Nowogoński robią krok naprzód

Ojrzyńskiemu trzeba jednocześnie oddać to, co działa. Marcel Reguła nadal jest jednym z najważniejszych piłkarzy Zagłębia i w tym sezonie nie zatrzymał się w rozwoju. Coraz większą rolę zaczyna odgrywać także Kamil Nowogoński, który otrzymuje swoje szanse i potrafi z nich korzystać. To dwa wyraźne plusy obecnego sezonu w kontekście młodych zawodników. Regularne wprowadzanie kolejnych wychowanków i młodzieżowców ma dla Zagłębia znaczenie wykraczające poza samą sytuację sportową. Im więcej zawodników będzie gotowych do gry na poziomie ekstraklasy, tym mniejsze powinno być ryzyko powtórki sytuacji z ostatniego okna transferowego, gdy pojawiały się obawy o konieczność sprzedaży najważniejszych piłkarzy dla spięcia klubowego budżetu.

Zmienił się szef. Czy zmienią się również oczekiwania wobec futbolu?

Ostatnie tygodnie przyniosły poważne zmiany w gabinetach „Miedziowych”. Paweł Jeż przestał być prezesem, a jego miejsce zajął Jacek Bednarz. Wcześniej z klubem pożegnał się dyrektor sportowy Rafał Ulatowski. Zmiany były potrzebne. Zagłębie od dłuższego czasu wymagało nowego otwarcia na poziomie zarządzania pionem sportowym. Dobrze byłoby, gdyby za zmianami organizacyjnymi poszły również większe ambicje na boisku. Bo obecna sytuacja jest przedziwna. Siódme miejsce, 15 punktów i tylko dwie ligowe porażki. Wynikowo - naprawdę przyzwoicie. Jednocześnie rośnie znużenie sposobem gry i coraz częściej pojawia się pytanie, czy z tej drużyny rzeczywiście wyciskane jest tyle, ile pozwala jej potencjał. Styl Zagłębia przestał drażnić wyłącznie jego własnych kibiców. Coraz częściej zwracają na niego uwagę eksperci i dziennikarze, ironicznie wypowiadają się zawodnicy innych zespołów czy postronni kibice oglądający PKO BP Ekstraklasę. Lubinianie zaczynają być kojarzeni z futbolem skrajnie zachowawczym, momentami wręcz archaicznym. Trudno ten problem ignorować.

Co istotne, sposób gry zespołu zaczyna być również solą w oku ludzi w KGHM. Na dziś nikt nie mówi o zwolnieniu Leszka Ojrzyńskiego. Przy 15 punktach po dziewięciu kolejkach taki ruch byłby zresztą absurdalny. Trener nie powinien jednak traktować miejsca w tabeli jako polisy ubezpieczeniowej na kolejne miesiące.

Przed naszymi zawodnikami długa przerwa i sporo czasu na pracę. Po niej Zagłębie zmierzy się kolejno z Cracovią, Jagiellonią Białystok, Motorem Lublin i Koroną Kielce, a następnie pojedzie do Poznania na spotkanie z Lechem. To dobry moment, żeby do skuteczności dołożyć coś więcej. Nikt nie wymaga od Ojrzyńskiego porzucenia własnej filozofii i nagłego zbudowania drużyny dominującej rywali przez 90 minut. Zagłębie musi jednak częściej zacząć grać w piłkę. Odważniej atakować, tworzyć więcej jakościowych sytuacji i wypracować plan ofensywny wykraczający poza stały fragment oraz oczekiwanie na błysk Reguły.

Tabela na razie Ojrzyńskiego broni. I trzeba powiedzieć to uczciwie - 15 punktów po dziewięciu kolejkach to dorobek, którego nie można ignorować tylko dlatego, że komuś nie podoba się styl. Jeśli jednak Zagłębie nadal będzie wyglądało podobnie, a za słabszą grą przyjdą również gorsze wyniki, zimą sytuacja może być zupełnie inna. Wtedy siódme miejsce z końcówki września nikogo nie będzie już interesowało. Ojrzyński ma więc przed sobą czytelne zadanie. Nie musi budować Zagłębia od początku. Musi sprawić, żeby drużyna, która pokazała już, że potrafi walczyć, punktować i momentami również dobrze grać w piłkę, zaczęła robić to ostatnie zdecydowanie częściej.

źródło: Własne

KONKURS TYPERA

mkszaglebie.pl
Sprawdź swoje umiejętności i typuj z MKSZaglebie.pl. Wygrywaj nagrody!

DODAJ KOMENTARZ (NIEZALOGOWANY)


 

KOMENTARZE (0)