Do naszego Zagłębia przychodził jako zbawienie ataku i wypełnienie niespełnionych ambicji po nieudanym transferze Darvydasa Sernasa. Oczekiwania kibiców były od razu spore, jednak czeski napastnik trafił do Lubina z kontuzją i chwilę to trwało zanim Dariusz Puchalski i spółka doprowadzili go dobrej dyspozycji.
Michal zadebiutował już w pierwszej kolejce sezonu 2012/2013 wchodząc za Łukasza Hanzela w 75. minucie pamiętnego 0:4 z Pogonią Szczecin. Ciężko było wówczas powiedzieć o nim coś pozytywnego, bo nawet niedzielny kibic widział, że Czech nie jest gotowy do gry. Potem była jeszcze połówka w Młodej Ekstraklasie, pół godziny z Widzewem i dopiero w 5. kolejce zanotował pełne 90 minut z chorzowskim Ruchem. W tym meczu co prawda gola nie zdobył, ale kibice po raz pierwszy mogli się przekonać, że do klubu sprowadzono kogoś innego niż Dusana Djokicia w wersji 2.0.
I tak się zaczęło. 6. kolejka – piękny gol z Legią, Puchar Polski – gol z Polonią Warszawa, 9. kolejka – gol w derbach. Można tak wymieniać. Z mniejszą lub większą regularnością trafiał i w chimerycznym zespole zanotował 12 bramek dorzucając kilka asyst.
Dlaczego sezon później wszystko się spaprało?
Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, czynników było wiele. Bo choć pojawił się konkurent w osobie Arkadiusza Piecha, do Lecha Poznań odszedł dobrze współpracujący z Michalem Szymon Pawłowski, to prawdopodobnie kluczowe było zwolnienie Pavla Hapala. W kuluarach można było usłyszeć, że były gracz m.in. Arsenalu, Bayeru Leverkusen, Banika Ostrawa i FK Rostów obwiniał się po części za zwolnienie swojego rodaka, bo gdyby był skuteczniejszy do tej sytuacji mogłoby nie dojść.
Hapala zastąpił Adam Buczek. Jako pierwszy trener Zagłębia pracował krótką chwile, więc ciężko mówić o tym jak wyglądała jego współpraca z Papadopulosem. Z kolei Orest Lenczyk nie miał w ogóle pomysłu jak zestawić ze sobą Piecha i „Papę”. Patrząc na ilość minut, które rozegrał w kampanii 2013/2014 ciężko było wymagać regularności. Trzeba jednak szczerze przyznać, że w większości meczów nie oferował „Miedziowym” zbyt wiele. Brak występów w pełnym wymiarze czasowym i brak zaufania trenera na pewno wpływają na zatracenie pewności siebie, a dla napastnika jest ona bezcenna. Do tego doszła wycieczka do Pragi, która – choć w bardzo niefortunnym momencie – okazała się wyjazdem z rodzinami na obiad.
Ogólnie sezon spadkowy był dramatyczny pod każdym względem i poza Piechem, który strzelił kilka bramek, wszyscy grali mizernie. Niektórzy mogą teraz narzekać na brak nazwisk w kadrze Zagłębia, ale prawdą jest, że wtedy mieliśmy tylko nazwiska i brak jakości. Najlepszym piłkarzem był Bartosz Rymaniak, który teraz za nic w świecie nie wygrałby rywalizacji na prawej obronie z Aleksandarem Todorovskim, czy na środku defensywy z Maciejem Dąbrowskim i Lubomirem Guldanem. Chyba wszyscy wolimy oglądać takie Zagłębie, jakie mamy obecnie, niż te sprzed dwóch lat.
Dochodzimy do kluczowego momentu, jakim był spadek z Ekstraklasy. Wszyscy piłkarze, za wyjątkiem Michala Papadopulosa, mieli w kontraktach zapisaną klauzulę obniżającą zarobki po spadku do I ligi. Dziś „Przegląd Sportowy” wrzucił na swoją stronę artykuł o Michale, który w zasadzie skłonił mnie do napisania tego tekstu. Jest tam wzmianka o tym, że „Papen” przyszedł do prezesa i powiedział, że kiepską grą przyłożył się do spadku klubu z ligi i nie zasługuje na taką pensję, jaką miał w Ekstraklasie.

Foto: Tomasz Folta/Zagłębie Lubin S.A.
Od samego początku pochodzący z Ostrawy zawodnik był lubiany przez pracowników klubu czy innych piłkarzy, nie tylko za to, że jest uprzejmym i sympatycznym gościem, ale też ze względu na pracowitość. Nawet gdy nie strzelał bramek, piłkarze mówili, że jest kozakiem pod względem piłkarskim i to tylko kwestia czasu, kiedy się odblokuje.
Jego grę na pierwszoligowych boiskach można ocenić różnie – jedni powiedzą, że strzelił za mało bramek, drudzy docenią jego dorobek. W 24 meczach zdobył dziewięć bramek, co na pewno chluby mu nie przynosi, tym bardziej, że mamy w pamięci kilka słabszych meczów, w których był nieskuteczny (m.in. mecz z Bytovią w Lubinie). Jego gra na zapleczu Ekstraklasy ma dla mnie jednak inny wymiar. Dzięki pracy z nim rozwinął się Krzysztof Piątek, który nie spękał, gdy Michal doznał kontuzji i sam w ataku spisywał się całkiem dobrze zdobywając osiem bramek. Obaj piłkarze w wywiadach podkreślają, że lubią ze sobą pracować, bo jest to sytuacja, na której zyskują i piłkarze, i klub. Porównując grę Piątka na przestrzeni ostatnich lat z tym co widzimy obecnie, widać poprawę w grze głową, czy w grze tyłem do bramki, co przecież jest znakiem rozpoznawczym Papadopulosa.
Pod koniec czerwca Michal zrobił coś, co na pewno zostanie mu zapamiętane na bardzo długo. Przedłużył kontrakt na zasadach motywacyjnych, gdzie jak pisze „Przegląd”, jego zarobki oscylują w granicach 30-35 tysięcy złotych, w momencie gdy regularnie gra i zdobywa bramki. Czech nie przedłużył umowy z naszym klubem z „braku laku”, bo nie miał nic innego. Oprócz ofert z zagranicy, chciał go między innymi Górnik Zabrze, który podobno zaoferował mu lepsze pieniądze niż Zagłębie. Coś musiało przekonać go do tego, by z nami pozostać.
Nie chcę na siłę gloryfikować Michala, jednak uważam, że zamiast całowaniem herbu i opowiadaniem banałów w wywiadach, właśnie takimi czynami profesjonalny piłkarz powinien zdobywać szacunek kibiców. Może zostanę posądzony o dorabianie ideologii, ale przykład Michala pokazuje, że karma wraca. Jeśli jesteś normalnym człowiekiem, robisz swoje, najpierw patrzysz na siebie, dopiero później na kogoś innego, zła karta w końcu się odwróci.
Możemy być zadowoleni, że mamy takiego piłkarza jak Michal Papdopulos – piłkarza przez wielkie „P”.
Junior