W naszej szeroko pojętej „karierze” kibica Zagłębia Lubin udało nam się przeżyć już kilkanaście o ile nie kilkadziesiąt okienek transferowych i jak tak sobie przypomnimy niektórych zawodników zakontraktowanych przez nasz klub, to z jednej strony ogarnia nas śmiech, z drugiej zaś obawa, aby coś takiego się więcej nie przytrafiło. Poniżej postaramy się przytoczyć kilka „perełek”, które przez dłuższy lub krótszy czas pobierały pensję w Zagłębiu, a piłkarsko dały - cytując klasyka - „niewiele, a właściwie nic”.
Zacząć wypada od pozycji bramkarza. Tutaj faworyt jest jeden, niepodważalny. Michał Gliwa. Półtora sezonu w Zagłębiu. W tym czasie rozegrał 45 spotkań w barwach naszego klubu. Ile dobrych? Myślimy, że palców jednej ręki spokojnie wystarczy. Już grając w Polonii Warszawa puszczał spektakularne babole, z których śmiał się cały kraj. Mimo wszystko ktoś podjął decyzję, aby Gliwa trafił do Zagłębia. Jak to się skończyło wszyscy pamiętamy. 23.01.2014 to dzień, w którym Gliwa rozwiązał kontrakt za porozumieniem stron i wszyscy odetchnęli z ulgą.
n/z Michał Gliwa fot. Tomasz Folta/Zagłębie Lubin S.A.
Tomasz Ptak to młodsza wersja Michała Gliwy. Do Lubina ściągnął go Ryszard Jankowski, ówczesny trener bramkarzy. Ciężko powiedzieć na jakiej podstawie. W „Jadze” zagrał w sumie tylko 9 spotkań. W Zagłębiu było jeszcze gorzej. W pierwszej drużynie Zagłębia zagrał tylko ośmiokrotnie, poza tym występował w rezerwach, gdzie notorycznie był porównywany do Gliwy.
Żeby nie było: Gliwa i Ptak to nie jedyne bramkarskie pomyłki Zagłębia. Adam Matysek w sezonie 2001/2002 trafił do Zagłębia i wszyscy mieli nadzieję, że będzie w takiej formie, w jakiej był podczas meczu Norwegia - Polska w ramach eliminacji do MŚ 2002 w Korei i Japonii. Skończyło się na tym, że Matysek zagrał w sumie w pięciu meczach, w których puścił 12 goli.
Numerem 4 wśród bramkarzy jest Radosław Janukiewicz. Bramkarz może i lepszy od dwóch wcześniej wymienionych, ale kontrowersje budziły okoliczności w jakich przychodził do Zagłębia. Grając w Śląsku Wrocław podpisał kontrakt z greckim Xanthi i w Śląsku nie miał już czego szukać. Zagłębie zdecydowało sięgo wypożyczyć na pół roku. W barwach Zagłębia zagrał 3 razy, po czym wyjechał do Grecji. Kompletnie bezsensowny ruch ze strony Zagłębia, który powinien przypominać działaczom, że zdanie kibiców w kwestii proponowanych do klubu zawodników też jest ważne.
Bramka to chyba najsilniej obsadzona pozycja, jeżeli chodzi o transferowe niewypały. W obronie aż tylu pewniaków nie było. Zacząć wypada od duetu ściągniętego z Polonii Bytom. Już sam fakt ściągnięcia dwóch obrońców z drużyny, która spadła z ligi i straciła mnóstwo bramek budził sporo kontrowersji. Obawy kibiców się potwierdziły. Michal Hanek i Błażej Telichowski… Słowak zagrał w barwach Zagłębia dziesięciokrotnie, a w tym czasie Zagłębie wygrało ledwie raz. Telichowski w Zagłębiu zagrał jeszcze mniej spotkań, bo jego licznik zatrzymał się na ośmiu. W tym czasie „Miedziowi” wygrali 3 spotkania, ale Błażej w większym wymiarze czasowym wystąpił tylko w jednym z nich. Swoją przygodę z Lubinem zakończył w „klubie Kokosa”.

n/z Szymon Kapias (po prawej) fot. Tomasz Folta/Zagłębie Lubin S.A.
W tym zestawieniu oczywiście nie mogło zabraknąć Szymona Kapiasa, Michała Łabędzkiego czy Łukaszów: Ganowicza i Jasińsiego. Większość z nich kojarzy się głównie z występami w I lidze. Ganowicz zagrał 7 razy, Kapias zagrał 20 spotkań w rozgrywkach Ekstraklasy, I Ligi i PP. Większość jednak pewnie kojarzy go z występów w Młodej Ekstraklasie, gdzie w sezonie 2010/2011 zagrał 14 spotkań. Łukasz Jasiński ściągnięty z Tura Turek rozegrał 34 mecze w pierwszej drużynie. W tym czasie zaliczył „fenomenalny” bilans: jedna czerwona kartka i jeden samobój. Podobnie jak Kapias przygodę z Lubinem kończył w Młodej Ekstraklasie. Identyczny przypadek z Michałem Łąbędzkim. 8 spotkań w pierwszej drużynie i pożegnanie poprzez Młodą Ekstraklasę.

n/z Łukasz Jasiński fot. K&M Ziółkowscy, www.foto.ziolo.eu
W nieco bardziej odległych czasach nasi działacze też nie błyszczeli na rynku transferowym. W sezonie 2001/2002 do klubu ściągnięty został Krzysztof Wołczek. Łącznie 7 występów w różnych rozgrywkach i 286 minut na boisku. Sezon później to „zaciąg wiślacki”, który zakończył się spadkiem z ekstraklasy. Jeżeli chodzi o obronę, mamy tutaj braci Zająców, którzy dołożyli swoją cegiełkę do tego, że nasz ukochany klub mimo pokaźnego budżetu i wielkich aspiracji spadł z ligi. Niektórzy mogą nie pamiętać o istnieniu takiego piłkarza, ale w tym feralnym sezonie ośmiokrotnie zagrał Jarosław Popiela ściągnięty w przerwie zimowej z KSZO Ostrowiec.
Sezon 2004/2005 to chyba pierwszy przypadek zagranicznego szrotu w naszej defensywie. Ten tytuł przypadł zawodnikowi z Czech. Radek Opsral Oprsal, bo o nim mowa, w barwach Zagłębia zagrał raz w Ekstraklasie i trzykrotnie w Pucharze Polski. Na tym jego przygoda z Lubinem się zakończyła. Sezon później to dwa kolejne przypadki ściągania do Lubina szrotu z zagranicy. Czy ktoś pamięta takiego piłkarza jak Matija Kristic? Został odpalony po 5 spotkaniach, natomiast Brazylijczykowi Renanowi podziękowano po trzech spotkaniach (czytelnik słusznie przypomniał, że Grzegorz Jakosz złamał mu nogę, przez co musiał pauzować blisko rok - więcej TUTAJ). Kolejny sezon i kolejny ogórek naciągnął Zagłębie na kontrakt. Tym razem Tomislav Visevic z Chorwacji, który w sumie zagrał 14 razy w koszulce Zagłębia. Na kolejnego zawodnika z zagranicy w formacji obronnej trzeba było poczekać do sezonu 2011/2012. Wtedy w zimowym okienku do Lubina przyszedł Elton Lira. Zagrał w naszych barwach 1,5 sezonu. Zostanie zapamiętany jedynie z dwóch rzeczy: gol z Cracovią i zamiłowanie do whisky. Zamykającym zestawienie pomyłek defensywnych będzie Elvedin Dzinic. Został ściągnięty zimą sezonu 2013/2014, zagrał 18 spotkań, zaliczył spadek i uciekł do domu.

n/z Matija Kristić fot. fieldoo.com
Druga linia to prawdziwy festiwal transferowych pomyłek. Kombinacja zagranicznego szrotu z przepłacanymi Polakami. Wystarczy spojrzeć na środek pola. Pierwszych dwóch z pamięci: Ivan Hodur i Joel Pires. Pierwszy grał w roku 2012 i zasłynął z tego, że dreptał jedynie w kole środkowym. Dziewięć spotkań na wiosnę, jesienią już tylko 2 w Młodej Ekstraklasie. Drugi z nich o podobnej charakterystyce. Wolał raczej stać, niż biegać. I to nie zawsze stać mądrze, tak jak mówi stara piłkarska prawda. W sumie po 5 spotkaniach usłyszał „do widzenia”. To oczywiście nie są jedyne zagraniczne „asy”. Następni w kolejce stoją Uros Predic, Zeljko Perovic, Jernej Javornik, Fernando Morales.
n/z Ivan Hodur fot. Tomasz Folta/Zagłębie Lubin S.A.
Wielkie nadzieje wiązane był z Dominykasem Galkieviciusem. Podobno na Litwie był wyróżniającym się zawodnikiem. W Zagłębiu zawiódł na całej linii. 232 minuty przez dwie rundy. Dalszy komentarz chyba zbędny. Podobne oczekiwania były wobec Denisa Rakelsa. Ten z kolei przychodził jako gwiazda ligi łotewskiej. W Lubinie jednak Denis miał zdecydowanie inne priorytety niż piłka. 9 spotkań w barwach Zagłębia i 181 minut na boisku. Kolejny, z którym wiązano wielkie nadzieje to Johan Bertilsson ze Szwecji. Pod wodzą Oresta Lenczyka zbyt wiele nie pograł i tak szybko jak się w Lubinie pojawił, tak szybko zniknął. W tym samym sezonie grał też Manuel Curto. Miał spore umiejętności techniczne, ale mówiąc delikatnie, nie lubił się przemęczać. Raczej dreptał niż biegał, a po spadku szybko spakował swoje walizki i wyjechał wprawiać w zachwyt kibiców belgijskiego Lierse.
Jeżeli chodzi o Polaków, to nie sposób wspomnieć Pawła Drumlaka. Powiedzieć, że nikt za nim nie tęsknił, to nic nie powiedzieć. Patryk Klofik, ściągany jako młody i perspektywiczny zawodnik o udzie większym niż Roberto Carlos. Kompletnie zawiódł oczekiwania, a 285 minut w siedmiu meczach jedynie to potwierdza. Z dziejów bardziej współczesnych kompletnym niewypałem okazał się Wojciech Trochim. Podpisano z nim kontrakt mimo, że był kompletnie nieprzygotowany. Skończyło się na tym, że Trochim zagrał w sumie minutę w pierwszym zespole. Dobrze, że podpisał półroczny kontrakt i pożegnanie się z nim nie było aż tak bolesne.

n/z Wojciech Trochim fot. Tomasz Folta/Zagłębie Lubin S.A.
Osobne miejsce należy się dwóm skrzydłowym. Kandydatem do miana najgorszego transferu bez dwóch zdań jest Miłosz Przybecki. To postać już właściwie legendarna, jeżeli chodzi o lubiński „hejt”. Nie ma co się dziwić, bo poza szybkością ten zawodnik w barwach Zagłębia nie zaprezentował kompletnie nic. Masa strat i nieudanych zagrań. Podobnie było z Januszem Gancarczykiem. Kibica Śląska Wrocław zapamiętamy przede wszystkim z tego, że tak jak Miłosz był szybki, grał w koszulce bez herbu, a po rozwiązaniu kontraktu poniósł go melanż. Zakończył przygodę z Lubinem podobnie jak Telichowski - w „klubie Kokosa”.
Na koniec czas na napastników. Tutaj już takiego urodzaju nie ma, ale kilka maskotek się znalazło. Zacząć wypada oczywiście od Darvydasa Sernasa. Wielkie pieniądze zapłacone za transfer Widzewowi, wielkie pieniądze płacone Sernasowi za kontrakt i wreszcie wielki zawód. 41 spotkań i tylko 7 goli. Sernas był symbolem starego Zagłębia, a marnowane przez niego sytuacje przyprawiały kibiców o mdłości.
Drugim „wspaniałym” po Sernasie był łysy z Lubina Dusan Dokić. 7 spotkań, 0 goli. Obiekt jednej wielkiej szydery. Zasłużonej. Nie potrafił praktycznie nic. Zasłynął jedynie przypadkową asystą plecami do Woźniaka w meczu z Arką Gdynia.
n/z Dusan Djokić fot. kurir.rs
Było też kilku takich, o których pamiętają nieliczni. Tutaj na myśl przychodzą Marko Jovanovic i Nebojsa Jovovic. Pierwszy z nich zagrał 183 minuty w 7 spotkaniach. Drugi chyba nawet ani razu nie wybiegł na boisko. Do tej dwójki idealnie pasuje Roman Sloboda. Podobno napastnik. Wiosną 2012 roku zagrał w dwóch spotkaniach Zagłębia, łącznie 3 minuty i zdobył jednego gola. Jesienią grał już tylko w Młodej Ekstraklasie.
Polscy napastnicy też okazywali się niewypałami transferowymi. Przede wszystkim Kamil Wilczek. Zawodnik podobno świetny na treningach. Dobrze grający w sparingach, a kiedy przychodziło do zagrania w lidze zamieniał się w zwykłego przeciętniaka. W Lubinie zasłynął tylko zakładem o to kto posprząta cały klub jeżeli nie strzeli określonej liczby goli. Oczywiście przegrał, ale zakład został wydłużony. Na nowych zasadach też przegrał. Drugim z Polaków jest Kamil Jackiewicz. Wiecznie kontuzjowany. Jak już jakimś cudem się wyleczył, to chwile później łapał kolejną kontuzję. Spędził w Lubinie dwa sezony. Wiele więcej o nim nie można napisać.
Po tym jak Zagłębie Lubin zostało Mistrzem Polski, klub wzmocniło dwóch napastników. Brazylijczyk Andre Nunes oraz Piotr Włodarczyk. Obrońcy naszych przeciwników specjalnie tego duetu się obawiali. Andre Nunes nie ukrywał, że gustuje w kotletach schabowych, a „Nędza” w większości meczów udowodnił, że jego ksywa to nie przypadek. W sumie zdobyli 9 goli (5 w lidze).

n/z Andre Nunes fot. K&M Ziółkowscy, www.foto.ziolo.eu
Sezon wcześniej „bohaterem” okienka transferowego był Gulcimar. Zagrał w meczu z Lechem Poznań, kiedy to uderzył jednego z zawodników gości i więcej w Zagłębiu już nie zagrał. W sumie było to 14 minut. Jeszcze wcześniej, w ówczesnej drugiej lidze, do Zagłębia ściągnięty został inny Brazylijczyk - Preto. Ten też długo miejsca w Lubinie nie zagrzał. 178 minut i oczywiście bez gola.
Z całej tej masy zawodników można stworzyć dwie równorzędne jedenastki. Aż strach pomyśleć coż to byłby za mecz, gdyby stanęły naprzeciw siebie. Teraz trzeba zrobić wszystko, aby takie transfery więcej nie miały miejsca. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że nie każdy transfer okaże się strzałem w dziesiątkę. Chodzi jednak o to, aby te nieudane transfery zminimalizować i nie brać na siłę byle kogo. Według nas ta najgorsza jedenastka transferowa wyglądałaby następująco:
Michał Gliwa – Szymon Kapias, Michał Hanek, Radek Oprsal, Elton Lira – Miłosz Przybecki, Ivan Hodur, Joel Pires, Janusz Gancarczyk – Darvydas Sernas, Dusan Djokić.
A jakby to wyglądało według Was? Zapraszamy do dyskusji!