Taki miał być tytuł w przypadku wygranej, do której niewiele zabrakło. Ale po końcowym gwizdku uznałem, że i do remisu się nadaje. Nie każdy mecz będzie wyglądał jak z Górnikiem, nie każdy rywal poda nam zwycięstwo na tacy, a na 180 minut jedną zaćmę w defensywie chyba wybaczymy.
Piszę, że nie każdy mecz będzie wyglądał jak z Zabrzem, ale otwarcie było bardzo podobne. Davidowi należą się mocno podkreślone wyrazy uznania, bo sytuacja otrzymana od Sylwestrzaka wcale nie była oczywista: duży kąt, wysunięty Małkowski. Zagrał idealnie, co wprowadziło duży spokój w grze. Zresztą, ten spokój widziałem od początku, to my staraliśmy się, mówiąc umownie, „kreować” grę. Po prostu to my mieliśmy częściej piłkę i coś konstruktywnego staraliśmy się z nią zrobić.
Mecz z Koroną był spektaklem dla piłkarskich koneserów - my oglądaliśmy go z musu, a widz postronny zanudził się setnie. I paradoksalnie to dobra wiadomość. Odbyło się bez fajerwerków w defensywie, a trudno oczekiwać, że będziemy rozgrywać obronę każdego rywala na początku rundy. To, co rzuciło mi się w oczy to pewność siebie „Miedziowych”. Wiedzieli jak i co mają grać, nie było zagubionych na boisku, była tak często przeze mnie podkreślana odpowiedzialność za piłkę. Wartościowe, że przejście z obrony do ataku odbywało się szybko, z małą liczbą podań, vide sytuacja bramkowa. Mogliśmy wygrać tak jak w tytule, bez nerwów wykorzystując gapiostwo zawodników Korony. Jednak punkt na wyjeździe trzeba przyjąć z pokorą.
Sama bramka dla kielczan była sumą małych błędów i niedokładności. Trochę wolnego miejsca Kiełba, rykoszet, za daleko wysunięty Rodic i 1:1. Zabrakło podkreślenia prowadzenia drugą bramką, do strzelenia której okazji naprawdę nie brakowało na przykład przy świetnej kontrze wyprowadzonej przez Kwieka zakończonej groźną „główką” Piecha. Z drugiej strony jednak, Silvio kilkukrotnie ratował nam skórę i z dzisiejszym meczem moje poczucie, że to właściwy facet na właściwym miejscu jest jeszcze bardziej ugruntowane. Jeśli mówimy o personaliach, to dziwić może dlaczego nie zagrał w pierwszym składzie Piątek, a zagrał Dżinić. Słoweniec zagrał jednak poprawnie, więc nie ma się czego czepić, choć może rozbudzić się wątpliwość, że „Oro” zaczyna forować „swoich” zawodników. No nic, dopóki David będzie strzelał, to niczego nie będzie można mu zarzucić. Jeszcze słówko o Łukaszu Janoszce, który wszedł i który pokazał się z niezłej strony. Rywalizacja Błąd - Janoszka może wydać się korzystną dla obu zawodników, a dla trenera to najlepsza decyzja, jeśli musi wybierać między dwoma dobrymi piłkarzami. Po drugiej stronie boiska dziwne, że szansy nie dostał Miłosz Przybecki. Abwo miał pod koniec meczu sporo miejsca, a że nie jest wzorem wytrzymałości wiemy wszyscy. I myślę, że „świeże” skrzydła mogły przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść.
Ważne, że przestaliśmy przegrywać. Ważne, że zawodnicy w końcu wydają się być pewni swoich umiejętności. Nabranie maniery nieprzegrywania ma istotne znaczenie nie w kontekście ligi, ale przede wszystkim w Pucharze Polski. Bo w meczach z Sandecją koncentrację trzeba trzymać przez 180 minut.
Za chwilę mecz z Zawiszą, który będzie pierwszą poważną próbą na wiosnę i wprowadzi nas w okres ważnych meczów jak derby i potyczki w Pucharze Polskim. Będzie to bardzo ważny tydzień i niech piłkarze dobrze go wykorzystają.
Bartosz J. Marchewka
PS. A może ja zapomniałem w tych pochwałach o syndromie premii za utrzymanie ?
PS. 2 Kto wie z jakiego filmu jest tytułowy cytat, zasłużył na uścisk dłoni prezesa.