Przyjechać, zagrać pewnie i bezpiecznie, dowieźć wynik i wlecieć do półfinału. Taki był plan, na szczęście piłkarze mieli inne plany.
Zagłębie przyjechało do Nowego Sącza, pokazało futbol, za co podziękowali im kibice Sandecji. Doceniam, bo zdolność doceniania lepszego rywala to cnota rzadko widywana. Być może dziękowali też dlatego, że dawno „futbolu” w Nowym Sączu nie widzieli.
Co tu pisać o samym meczu? Wszystko zagrało bez zarzutu. Ofensywa, bo trzymał ją Piech, później wspierany przez Johana, defensywa, bo nie popełniała błędów, ale też Sandecja nie sprawiała kłopotów. Mimo to dużo pracy miał również Silvio, który wyciągnął co najmniej dwie „setki” w pierwszej połowie i widać, że jest właściwym facetem na właściwym miejscu. Ktoś powie, że walczy o kontrakt. Niech walczy. Niech każdy tak walczy.
Nie chcę się zachłysnąć pochwałami nad grą Piecha i Johana, bo 4/5 bramek padło w drugiej połowie, a bramka Sandecji była oddalona od sektora gości o jakieś 86575 km. Ale można było wychwycić ruchliwość, spryt, celność, skuteczność. To cieszy i rokuje na przyszłość, i pokazuje, że nasze nadzieje związane z Bertilssonem nie były ciągnięte za uszy.
Co wiemy
Ale niech każdy spróbuje sobie odpowiedzieć na pytanie, co dała prezentacja futbolu w Nowym Sączu (na stadionie im. Ojca Władysława Augustynka, na którym swoje mecze rozgrywa 8 drużyna I ligi… – pozdro dla spikera Sandecji).
Wróćmy do powagi. Jakie korzyści dało wklepanie „piątki” średniej drużynie niższej klasy rozgrywkowej.
1. Satysfakcja i radość
Pięciu bramek nie strzela się nawet co kilka meczów. Po pierwszym spotkaniu i przez całą rundę wiosenną Sandecja nie sprawiała wrażenia aż takich „ogórków”, którzy u siebie pozwolą nam urządzić swoiste „goleadorium”*. Dlatego każdego piłkarza szczególnie cieszy taka wygrana, bo chyba jeden z największych futbolowych frazesów brzmi, że w tej grze najważniejsze są bramki. Jeśli ty i twoi koledzy zrobiliście dobrą robotę, to macie z tego najzwyklejszą radochę, a poza tym…
2. Wiara we własne umiejętności
Tego brakuje w Zagłębiu. W gruncie rzeczy to są nieźli piłkarze, którzy jednak zazwyczaj po stracie bramki spuszczali głowy i nie było widać wiary, że uda się odwrócić wynik. Nie chodzi o to, żeby teraz wymieniać wszystkie mecze, w których tak było - mam na myśli ogólnie panujący trend. Takie mecze muszą zostać w głowie i wyprzeć te spotkania, które w umyśle ciążą. Piłkarze pokazali, że potrafią potwierdzić swoją wyższość nad rywalem, postawić stempel jakości. I w ważnych momentach, trzeba sobie te wspomnienia przypomnieć i zagrać przeciwko każdemu rywalowi tak, jak przeciwko Sandecji.
3. Pozytywny bodziec
Takie mecze budują atmosferę. Zaczynasz patrzeć na innych gości z tej samej szatni, że razem możecie zrobić coś dla tego klubu, zdobyć ważne trofeum. Jesienią było jak było, ale teraz musi być już tylko lepiej. Nie trzeba się klepać od razu klepać po dupach, czasem trzeba będzie soczyście kogoś opieprzyć, ale to już nie będzie tylko sztuka dla sztuki, tylko dbanie, żeby ten wyścig po Puchar przebiegał sprawnie. Fajny, luźny mecz w Nowym Sączu niech będzie jakimś dobrym otwarciem drogi do finału sezonu.
4. Kibice
„Przodek” będzie zawsze. Natomiast swoją grą możecie przyciągnąć na trybuny innych kibiców. Tych może krnąbrniejszych, może „gwiżdżących”… Ale lepiej grać przy 6 – 7 – 8 tysiącach i ich cieszyć grą i nawet zebrać „gwizda”, niż przy 3,5 tysiącach. Posłużę się kolejnym wyświechtanym sloganem, że „pikniki” przychodzą, jak są wyniki. Łaska „piknika” na pstrym koniu siedzi, a wynik z Sandecją przyciągnie na Wisłę ich kilku więcej.
To tyle z pozytywów. Oczywiście można wymieniać dalej, można je rozciągać, ale proszono mnie o zwięzłość tematu :). Jeśli Ty widzisz coś jeszcze, to dziel się w komentarzu. Ja tymczasem spróbuję ugryźć drugą stronę medalu.
Co nas mierzi
W środę mieliśmy, w końcu, smaczne Zagłębie. Piłkarze zaserwowali nam przyjemne i lekkostrawne danie, zamiast czegoś w rodzaju czerstwego chleba, którym raczyli w trakcie poprzednich spotkań. Natomiast meczem w Nowym Sączu zespół pokazał straszną nieobliczalność. Bo jak to jest: ogrywamy ósmą, czyli wcale nie najgorszą drużynę I ligi, natomiast z motorówką pędzącą w te rejony męczymy się nieporównywalnie bardziej i tracimy punkty. Oczywiście zachowuję proporcje między jednymi i drugimi, natomiast dużego przestrzału między nimi nie ma.
I bądź tu mądry jaki mecz zobaczymy w poniedziałek. Wisłę Trzeba Skutecznie Kontrolować. Jej ostatnie wyniki (ostatnie trzy kolejki: porażka u siebie z Ruchem, świetny come back w Warszawie, żeby znowu przegrać u siebie, z „Zetką”) to różne wyniki, ale też ciekawa ofensywa zarządzana przez Stilicia. W obronie nie zagra Głowacki, co jest wyrwaniem najważniejszej cegły w obronie (to tak a’propos ostatnich ceglanych porównań „Franza”).
Naiwnością byłoby uwierzenie, że jedno 5:0 przekuje się w kolejne. Następne mecze są wymagające, bo oprócz klasy rywala, vide Wisła, Legia, dochodzi przede wszystkim presja, jak w półfinale PP. Jak nieobliczalne Zagłębia zagra w kwietniu?
*To neologizm, ale brzmi zgrabniej niż jakaś pierwsza lepsza "strzelanina"