Miniony już sezon zasługuje na solidne „poświęcenie”. Ale gdy minie czas świętowania, dużo czasu trzeba poświęcić na jego analizę. Odpowiedzieć trzeba na pytanie: Dlaczego się udało? Bo bez zrozumienia przyczyn nie będziemy w stanie sukcesu powtórzyć, a wtedy stanie się on raczej „wypadkiem przy pracy” niż „cyklem w procesie”. Subiektywnie wybraliśmy kilka momentów, które były w sezonie najważniejsze. Tak zwane „kamienie milowe”. Inspiracją był sztab trenerski Zagłębia, którzy często korzysta z metafory „stacji” w drodze na szczyt. Jak mówi pewien raper z Mikołowa: Zbadajmy temat wzdłuż, wszerz i w poprzek. 15 lipca 2015 roku. 1. kolejka – Podbeskidzie (D) 1:1 Pamiętamy emocje z tego dnia. Umiarkowany optymizm. Ciekawość podszyta ostrożnością. Wiara i wątpliwości. Rywal – idealny na dobre wejście w sezon. Żaden ligowy potentat. Stres. I wiara. I tak jak bardzo nie chcieliśmy rozpoczęcia sezonu jakimś koszmarnym błędem, to właśnie tak ten sezon się zaczął. Złe odegranie Todorovskiego, niepewność Forenca, spryt Demjana. Zamiast dobrego wejścia w sezon nastąpiło wdepnięcie w wielkie gówno. Wracając dziś do tego meczu słusznie można pomyśleć, że lepiej takie sytuacje oglądać w pierwszych kolejkach niż w końcówce sezonu.

Oglądając ten mecz po 10 miesiącach widzimy wielką zaciętość piłkarzy w pogoni za odwróceniem wyniku, ale też pewną nieporadność. Pomysł na 4-4-2 to była alternatywa, ale nie zawsze skuteczna. Być największą ofiarą tego meczu był Sebastian Bonecki, który otwierał mecze w pierwszym składzie z Podbeskidziem i z Koroną, a później ani razu nie pojawił się na boisku. Dobre wrażenie zostawił po sobie Jan Vlasko, który zaimponował techniką i lekkością w grze. Duże oczekiwania względem Słowaka po tym meczu stały się jeszcze większe. Mecz z Koroną rozpoczął już w pierwszym składzie, choć Piotr Stokowiec uparł się, by Vlasko (przychodzący przecież jako rozgrywający) grał na lewym skrzydle – a grać tam przecież w ogóle nie umie. Rzut karny wywalczył bardzo senny w piękne lipcowe popołudnie Maciej Dąbrowski, który za chwilę miał odchodzić do Turcji. To pierwszy tzw. „key moments” w sezonie 2015/2016. Zagłębie bez Macieja Dąbrowskiego byłoby inną drużyną. Czy lepszą? Wątpimy. Tak. To były złe miłego początki. Choć do miłych chwil wiodła długa droga. 7 sierpnia 2015 roku. 4. kolejka – Termalica (W) 1:0 Zagłębie było po efektownym zwycięstwie w Białymstoku. Efektownym nie w sensie rozmiarów, ale dzięki umiejętności odmiany swojej gry o 180 stopni. Mecz zaczął się standardowo, czyli ze straconą bramką i bezzębnymi atakami. Ale w drugiej połowie meczu trzeciej kolejki, na trudnym terenie, Zagłębie po raz pierwszy pokazało, że może coś pozytywnego do ligi wnieść, że znalazło na siebie sposób. To wtedy Łukasz Janoszka pokazał, że może swobodnie grać w środku pola, dzięki temu otwiera się więcej dróg w ofensywie. Wszyscy myśleliśmy, że to moment restartu. I wszyscy dostaliśmy solidne kopnięcie w głowę. To, co pokazało Zagłębie w Mielcu, zwłaszcza w pierwszej połowie, zakrawało na piłkarski gwałt. Obijanie przez beniaminka, bez punktów i strzelonej bramki… To był trudny do zniesienia mecz. Wróćmy do tego, co pisaliśmy na naszych łamach: „Ok, trochę kpię, ale pierwsza połowa zasługuje na poddanie pod futbolowy sąd honorowy. - Ej słuchajcie. Gracie pierwszy mecz u siebie. (…) Tymczasem my za każdym razem gramy tak samo, przez co stajemy się dla rywali przewidywalni. Straciliśmy kolejną połówkę na uświadomienie, że środek pola musi być uzupełniony o piłkarza o innej charakterystyce niż Jakub Tosik, Łukasz Piątek i Adrian Rakowski. Oczywiście tym piłkarzem jest Jan Vlasko. To z nim na boisku Zagłębie prezentuje się najlepiej. To on wprowadza potrzebną świeżość, nowe spojrzenie na grę. To on ma być odpowiedzialny za kreację. To jest piłkarz, który może zrobić różnicę, tylko trzeba mu dać kilka meczów w pierwszym składzie na nabranie pewności.”. Pasują te słowa do Filipa Starzyńskiego? Przyznam, że wtedy zwątpiliśmy w Piotra Stokowca po raz pierwszy. Jeśli jego zespół, po dość długiej jak na polskie warunki współpracy, po dobrym meczu gra „kaszanę”, to nie jest w stanie dać impulsu. Znamy polskie realia i brak ciśnienia. Poszukiwania stylu trwały. W Białymstoku na chwilę wyszliśmy z lasu, by zaraz głęboko się schować. I dalej błądzić. Za chwilę graliśmy z Lechem, który szukał odbicia. Mecz z Zagłębiem wydawał się idealny… 14 sierpnia 2015 roku. 5. kolejka – Lech (D) 2:1 Lech był w fatalnej dyspozycji i choć mało kto się spodziewał, to Zagłębiu udało się ograć mistrza po mistrzowsku. Jakkolwiek kontestatorzy nie próbowaliby tłumaczyć zwycięstwa w pucharowe uwikłanie Lecha, to zespół Zagłębia po ciężkim laniu w Mielcu powstał. Powstał dzięki najjaśniejszej postaci jesieni. Krzysztof Janus od meczu z Lechem stał się piłkarzem decydującym. Robił liczby: strzelał i asystował. Piotr Stokowiec znalazł sposób, choć niezbyt skomplikowany: skrzydła. Współpraca Papadopulosa z Janusem w dużej mierze gospodarowała ofensywę Zagłębia jesienią. Samego Janusa wymienialiśmy po niedługim czasie w kontekście reprezentacji. Ale Janus wiadomo - bóg o dwóch twarzach.

To był fantastyczny mecz Zagłębia, pełen szybkich i składnych akcji. Piotr Stokowiec zastosował w tym meczu kilka różnych rozwiązań taktycznych, w zależności od fazy meczu i wydarzeń boiskowych. Piotr Stokowiec przez ponad dwa lata szukał pomysłu na ekstraklasowe Zagłębie. I znalazł. Ten mecz okazał się o tyle ważny, że kontuzję odniósł Jan Vlasko. Niestety, mimo walki, nie podniósł się z niej do końca sezonu. 11 września 2015 roku. 8. kolejka – Legia (W) 2:2 Po „karuzeli” w Zabrzu i efektownym zwycięstwie nad Ruchem (pierwszy mecz w sezonie zagrał Jarek Kubicki) przyszedł wyjazd do Warszawy. Zagłębie zaczęło łapać wiatr w żagle. Gra zaczęła się nakręcać, piłkarze łapali pozytywny „flow”. Legia miała w jakimś sensie zweryfikować styl Zagłębia. A to Zagłębie weryfikowało Legię. Przed meczami w Lubinie często w głośnikach leci Paluch i jego „Bez strachu”. Zagłębie odtworzyło teledysk do tego kawałka. Z werwą i zaangażowaniem wyszło na Legię i zmuszało ją do błędów, włącznie z tym przy bramce Krzysztofa Piątka. Chwilę później bramkę dołożył Michal Papadopulos i mieliśmy Legię jak na tacy. Tylko dojeść, podziękować i wyjść. Ale paradoksalnie w takich meczach wykluwał się charakter drużyny Piotra Stokowca. Nagromadzona złość po meczach w Zabrzu i w Warszawie znalazła później ujście chociażby w meczu z Cracovią. Można tylko żałować, że starczyło jej na tak krótko i zaraz po Cracovii przyszedł nieszczęsny wyjazd do Gdańska… Jako ciekawostkę dodamy, że był to jedyny mecz w sezonie, gdzie bramki zdobywali zarówno Piątek jak i Papadopulos. 27 września 2015 roku. 10. kolejka – Lechia (A) 3:1 Mecz – cezura, oddzielający dobre Zagłębie od złego Zagłębia. Ostatni gwizdek Mariusza Złotka w pierwszej połowie urósł trochę do symbolicznego stoczenia się Zagłębia w przeciętność. Mecz z bramką Papadopulosa po kolejnej asyście Krzyśka Janusa. Wszystko szło po naszej myśli do zmiany „Bani” na Jarka Jacha. Krzysiek musiał zejść ze względu na problemy zdrowotne, ale tą jedna zmiana rozłożyła grę Zagłębia. Lechiści potrzebowali kilku minut, by zadać dwa ciosy i zupełnie zneutralizować poczynania naszego zespołu.

Oczywiście nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że mecz z Lechią pociągnie nas w dół. Ale tak się stało i przez długi czas Piotr Stokowiec nie potrafił dać impulsu zespołowi. Zapamiętamy z tego sezonu wiele meczów. Ten szczególnie. A to dlatego, żeby zmierzyć jak wielką pracę wykonało Zagłębie. Jak rewelacyjny zespół zbudował Piotr Stokowiec. Jak wysoko on sam zaszedł. 24 października 2015 roku. 13. kolejka – Górnik Łęczna (D) 0:0 Był to jeden z najgorszych meczów Zagłębia w sezonie 2015/2016. Zagłębie biło głową w mur, było nijakie. Po tym meczu zwątpiliśmy w formułę Piotra Stokowca po raz drugi. I ostatni. 18 grudnia 2015 roku. 21. kolejka – Górnik Zabrze (D) 2:4 Smutny i zimny koniec jesieni. Bierzemy ten mecz jako skupienie w jednym wszystkich miernych meczów: w Gliwicach z Piastem, z Jagiellonią u siebie i tego z Lechem w Poznaniu. Nawet mecz wygrany w Bielsku-Białej był daleki od ideału. W międzyczasie Konrada Forenca zmienił w bramce Martin Polaček. To znaczy Konrad zmienił się sam „kasując” Łukasza Burligę. Mecz z Wisłą na tym morzu marazmu mógł być wyspą nadziei, bo Zagłębie kilka razy na początku meczu groźnie zaatakowało bramkę Cierzniaka, ale bramka Rafała Boguskiego odcięła tlen. Na konferencji po Górniku Piotr Stokowiec mówił tak: - Dzisiejszy mecz pokazał, jak ciężką drogę obrało Zagłębie i ile pracy jeszcze przed nami. Czas dojrzewania naszej drużyny jest bolesny, ale nie poddajemy się. Spotkanie może być dla nas alarmem, a potyczka pokazała dojrzałość Górnika (sic!). Szkoda, że nie zakończyliśmy roku zwycięstwem. Jeśli taki mecz miał się nam zdarzyć to dobrze, że zdarzył się teraz. Teraz mamy więcej czasu na głębsze przemyślenia. Walka o górną ósemkę zaczyna być ciekawsza i my na pewno mocno włączymy się do tej gry. Drużna nabiera doświadczenia, nadal sukcesywnie i sumiennie będziemy pracowali i na wiosnę to przyniesie rezultaty. Jakby wyjęte z podręcznika ekstraklasowej nowomowy. Zagłębie szło. Ale dokąd? I według jakich drogowskazów? Tak naprawdę o takich meczach jak z Górnikami czy Jagiellonią powinno się zapomnieć, aby nie brudziły upojonego sukcesem umysłu. Ale sztab szkoleniowy o nich zapomnieć nie może. Bo tam się kryją błędy, które należy eliminować. Bo błędy w futbolu nie mają daty ważności i mogą się zdarzyć zawsze. Zagłębie w pierwszej części grało na zasadzie: „Wepchnij piłkę w pole karne, być może nie pójdzie na marne”. Póki w formie była para Janus/Papadopulos – działało. Jednak szybko ta formuła się wyczerpała. Brakowało człowieka, który wiedziałby, zrobić z futbolówką. Jak nadać akcji animuszu, jak zaskoczyć rywala niekonwencjonalnym zagraniem.  25 stycznia 2016r. Wypożyczenie z KSC Lokeren Filipa Starzyńskiego W styczniu Filip był na piłkarskiej pustyni. Odbił się w Belgii od ściany, a szanse na EURO miał marne. Pomysł z przenosinami do Polski był ryzykowny. Jeśli bowiem zagrałby w Lubinie słabą rundę, mogło to mocno zachwiać jego pozycją na rynku. A gdzie jest dzisiaj? Na zgrupowaniu reprezentacji. Gdzie jest dzisiaj Zagłębie? Na podium Ekstraklasy. Historia Starzyńskiego idealnie definiuje Zagłębie jako „trampolinę” dla piłkarzy. Starzyński to przykład sztandarowy, bo Zagłębie wysłało go do „kadry”, ale swoją pozycję mocno budują też młodzi piłkarze. Nawet jeśli ten związek nie potrwa dłużej to i tak każdy na tej współpracy dużo zyskał.

21 lutego 2016 r. 23. kolejka – Legia Warszawa (D) 1:2 Jeśli przegrywać, to właśnie w taki sposób. Sprawiając wrażenie, że nie było się zespołem gorszym. Zagłębie przegrało, bo popełniło więcej błędów. Banał? Ale tak w gruncie rzeczy było… „W zapowiedzi meczu z Legią pojawił się termin jak „minimalizm błędów”. Z takim zespołem margines na ich popełnianie jest wyjątkowo mały. Przekonała się o tym Jagiellonia, przekonało się Zagłębie. Przy pierwszej bramce Dorde Čotra przegrał kluczową główkę z Hlouškiem, a Damian Zbozień dał się najpierw wyprzedzić, później został przepchnięty przez Prijovicia…”

Była dobra gra, ale brakowało punktów. Ale gdy te dwa aspekty się zsynchronizowały to przyszło siedem meczów bez porażki. 22 kwietnia 2016 r. 33. kolejka – Ruch Chorzów (D) 4:1 Synonim słowa „rewelacyjny” - sensacyjny, niezwykły, nadzwyczajny, niezrównany, spektakularny, wyjątkowy, wybitny, wspaniały, genialny, doskonały, wyborny, przewyborny, rarytasowy, pierwszorzędny, fenomenalny, kapitalny, znakomity, świetny (…). Taki właśnie był mecz z chorzowskim Ruchem. Dobra gra i trzy punkty przywróciły Zagłębiu wolę walki na resztę sezonu. 11 maja 2016 r. 36. kolejka – Lech Poznań (D) 3:0 Nie minął miesiąc od tego meczu, a wspomnienia ciągle są żywe. To było jak ostatni ruch pędzla, jak ostatnia kropka postawiona przez pisarza. Piotr Stokowiec zaliczył najlepszy sezon w karierze. Wielu piłkarzy osiągnęło największy sukces w karierze. Ale żeby nie zachłysnąć się sukcesem (to liczy się również nas, kibiców) spójrzmy w zdanie tytułowe. Nic się meczem z Lechem nie skończyło. A zaczyna się kolejny rozdział w historii Zagłębia.

*************************************************************************** Ten sezon miał wielu bohaterów. Nam nie wypada wskazywać jednego, zwłaszcza po takim sezonie. Wybraliśmy pięciu: Martin Polaček – bo pokazał, że walką sportową można wygrać miejsce w składzie. Przychodził przecież jako drugi bramkarz, Maciej Dąbrowski – bo prezentował równą i wysoką formę przez cały sezon, Jarosław Kubicki – bo w wielu meczach swojego pierwszego sezonu w Ekstraklasie zagrał jak stary ligowy wyjadacz, Filip Starzyński – bo rozwinął skrzydła, wniósł Zagłębie na wyższy poziom. Jakub Tosik – bo przez cały sezon grał solidnie, łatał wszystkie dziury, dodatkowo zapisał się zarówno w klasyfikacji asyst jak i bramek. Zagłębie, dzięki za ten sezon. Ale już był, przeminął. Czas na nowe wyzwania. Wyzwania, które kolejny raz muszą przynieść nam wiele radości. Redakcja MKS Zagłębie PL
źródło:

KONKURS TYPERA

mkszaglebie.pl
Sprawdź swoje umiejętności i typuj z MKSZaglebie.pl. Wygrywaj nagrody!

DODAJ KOMENTARZ (NIEZALOGOWANY)

Możliwość dodawania komentarzy została wyłączona!
 

KOMENTARZE (0)