W rozmowie z Przeglądem Sportowym Michal Papadopulos oceniał polską ekstraklasę, opowiadał o swoim pochodzeniu i pobycie w Arsenalu Londyn. Zapraszamy do lektury!

 

Michał Guz, Przegląd Sportowy: Którzy napastnicy z polskiej ligi są najlepsi?

Michal Papadopulos: - Podobają mi się Dwaliszwili i Ljuboja. Dobry był też ten gość, który jesienią w meczu z nami strzelił dwa gole... Saganowski. Ci trzej zrobili na mnie największe wrażenie.

Siebie w gronie najlepszych pan nie umieszcza? Jest pan w czołówce klasyfikacji strzelców.

- Niech mnie ocenia trener i kibice. Strzeliłem do tej pory siedem goli. Nie najgorzej, ale nie jest to też superwynik. Stać mnie na lepszą grę. Może nawet byłoby tych bramek więcej, gdybym przyjechał do Polski w pełni zdrowy. A ja najpierw musiałem wyleczyć kolano.

Przyjechał pan z chorym kolanem do kraju, gdzie jest dużo "grania w kości".

- Dobrze wiedziałem, że w Polsce gra się fizycznie, ale jak ktoś się boi przed występami w jakiejś lidze, że go tam skopią, niech poszuka sobie innej pracy.

Pavel Hapal nalegał na pana transfer. Tłumaczył wszystkim dookoła, że u niego Papadopulos zawsze dobrze grał. Trenował pana w Baniku Ostrawa i w FK Mlada Boleslav.

- Trzeci raz w karierze gram pod kierownictwem Hapala i trzeci raz w miarę regularnie zdobywam bramki. To chyba nie przypadek. Widocznie trener wie, czego potrzebuję jako piłkarz.

Wierzy pan, że może pan jeszcze kiedykolwiek wrócić do kadry Czech? To możliwe, by otrzymać powołanie do czeskiej drużyny narodowej dzięki udanym występom w Polsce? 

- Rozegrałem pięć meczów w pierwszej reprezentacji i czuję, że na tym się skończy. Jeśli nadarzy się okazja, oczywiście z radością pojadę na zgrupowanie. Trzeba jednak patrzeć na rzeczywistość realnie: ja już miałem swoją szansę. Ostatnio w Czechach pojawiła się grupa młodych, ciekawych zawodników. Mają po 22-23 lata. Jeśli nie awansujemy do mistrzostw świata w Brazylii, zacznie się budowa nowej drużyny narodowej w oparciu właśnie o młodych. To podstawowy powód, dla którego nie powinienem się nastawiać na ponowne powołanie. To, że gram w polskiej ekstraklasie, to żaden problem. Wasza liga jest w Czechach szanowana.

Wolne żarty. 

- Mówię poważnie. Polska ekstraklasa wcale nie jest słaba. OK, polskich klubów nie widać w europejskich pucharach, ale pamiętam jeszcze z czasów występów w Baniku Ostrawa, że granie z waszymi drużynami sparingów zawsze było trudne. Wszyscy wybiegani, dobrze przygotowani siłowo.

Myślicie jeszcze w Zagłębiu o europejskich pucharach? Macie osiem punktów straty do trzeciego miejsca.

- Byłoby źle, gdybyśmy o tym nie myśleli. Początkowo sądziliśmy, że może uda się pograć w Europie dzięki dobrej postawie w Pucharze Polski, ale w ćwierćfinale z Ruchem zagraliśmy bardzo źle. Została nam liga. Wiem, że mamy sporą stratę punktową do czołówki, ale do końca sezonu zostało dziesięć spotkań. Można jeszcze sporo nadrobić.

Ma pan ciekawą rubrykę w CV: "były piłkarz Arsenalu Londyn".

- Wyjechałem tam jako osiemnastolatek i choć przez rok nie rozegrałem ani jednego meczu ligowego, nie żałuję. Nie każdy może się pochwalić, że trenował przez rok z Kanu, Piresem, Wiltordem czy Bergkampem. Bardzo w porządku był kapitan Patrick Vieira. Dużo mówił, interesował się młodymi piłkarzami. Otwartym gościem był też Robert Pires. Ale na innych też nie mogę narzekać. Kilka lat później grałem w holenderskim Heerenveen i zetknąłem się z Bergkampem, który został skautem Ajaksu Amsterdam. Myślałem, że mnie nawet nie będzie pamiętał, a przegadaliśmy z pół godziny.

Jakim człowiekiem jest Arsene Wenger?

- Nie mówi dużo, ale gdy się odzywa, masz ochotę stanąć na baczność. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz do mnie mówił, bardzo się denerwowałem. To było dla mnie wielkie przeżycie. Poza tym trafiłem na taki moment, w którym pozycja Wengera była silna jak nigdy. Dzisiaj jak analizuję to wszystko na chłodno, widzę, że nie miałem szans, żeby się przebić. Trafiłem na najlepszy Arsenal w historii. Byłem tam na rocznym wypożyczeniu w sezonie, w którym drużyna zdobyła mistrzostwo Anglii, nie przegrywając meczu.

Ma pan z nimi jakikolwiek kontakt?

- Jeszcze ze dwa-trzy lata temu z Gaëlem. Mieszkaliśmy w Londynie razem, często wychodziliśmy razem na kawę albo na zakupy do miasta.

Pan jest przed Wielkanocą czy już po?

- Już po.

Pytam, bo pan jako Czech z greckimi korzeniami mógłby równie dobrze świętować według prawosławnego kalendarza.

- Mam greckie nazwisko, ale urodziłem się w Czechach i zawsze czułem się Czechem. Choć nie da się ukryć, że trochę tych greckich tradycji w rodzinie zostało. Mój dziadek, który zmarł pięć lat temu, był ortodoksyjnym Grekiem. Dopóki żył, w rodzinie jadało się sporo greckich sałatek czy serów. Teraz ta tradycja raczej zanika.

Kiedy w 2004 roku Angelos Charisteas strzelił gola na 1:0 dla Grecji w finale mistrzostw Europy, była euforia czy obojętność?
 
- Cieszyłem się! Choć wcześniej mieliśmy w rodzinie mały podział sympatii. W półfinale Grecja grała z Czechami. Dziadek był za Grecją, ja za Czechami. Grecy zwyciężyli po dogrywce i było mi żal. Ale w finale to już faktycznie kibicowałem Grekom. Nie da się ukryć, że to też część moich korzeni.
 
Wiemy, że nieco później, w 2005 albo 2006 roku, zaproponowano panu występy w barwach Grecji. Nie było momentu zawahania, dla kogo grać? 
 
- Grecy zapytali o mnie w momencie, kiedy znalazłem się w czeskiej kadrze U-21. Wiedzieli, że jeśli zadebiutuję w reprezentacji A, będę dla nich stracony. Rozmawiałem o tej propozycji z ojcem i dziadkiem. Nie było z ich strony żadnego nacisku. Usłyszałem: "Rób, jak ci dyktuje serce". Grzecznie podziękowałem greckiej federacji za zainteresowanie, ale odmówiłem.
 
Mówi pan po grecku?
 
- Kiedy byłem mały, ojciec grał w Grecji w piłkę w trzecioligowej Trikali. Mieszkaliśmy tam przez rok. Zdążyłem poznać ten język, ale później wróciłem do domu, poszedłem do czeskiej szkoły i stopniowo grecki poszedł w zapomnienie. Może was to zdziwi, ale mieszkając w Czechach, już nie chciałem mówić po grecku. Dziadek odzywał się po grecku, a ja, choć go rozumiałem, i tak odpowiadałem po czesku. Miałem blokadę. Obecnie może nie mówię po grecku perfekcyjnie, ale gdybym pojechał do tego kraju i posiedział dwa tygodnie, znowu bym sobie wszystko przypomniał. Nieźle znam Grecję. Po pierwsze jeździłem tam na wakacje, a po drugie dużo mi o niej opowiadał dziadek.
 
Był uciekinierem wojennym? W latach czterdziestych w Grecji była krwawa wojna domowa.
 
- Dziadek stracił w niej oboje rodziców. Z siostrą i bratem został ewakuowany z Grecji jako sierota wojenna. Mój dziadek i siostra trafili do sierocińca w Czechosłowacji, a ich starszy brat został wysłany do Polski.
 
Wie pan, że uciekinierzy z Grecji byli w Polsce osiedlani głównie na Dolnym Śląsku?
 
- Wiem. Brat dziadka żyje i mam z nim kontakt. Spędził w waszym kraju osiemnaście lat. Obecnie mieszka w Salonikach. Co ciekawe, dalej mówi po polsku. W zeszłym roku, kiedy już wiedziałem, że idę do Lubina, rozmawiałem z nim na ten temat. Ożywił się, od razu skojarzył Dolny Śląsk. Podał nawet nazwę jakiejś miejscowości pod Wrocławiem, w której mieszkał, ale niestety już jej nie pamiętam.
 
ROZMAWIAŁ MICHAŁ GUZ
źródło:

KONKURS TYPERA

mkszaglebie.pl
Sprawdź swoje umiejętności i typuj z MKSZaglebie.pl. Wygrywaj nagrody!

DODAJ KOMENTARZ (NIEZALOGOWANY)

Możliwość dodawania komentarzy została wyłączona!
 

KOMENTARZE (0)