Na początku warto podkreślić taką intuicyjną wrażliwość trenera Stokowca, który nie czekał na rozwój sytuacji i zdjął z boiska w przerwie Aleksandra Todorovskiego. Michał Mak był zdecydowanie dla Macedończyka za szybki i złapana żółta kartka mogła w drugiej połowie przerodzić się w kartkę czerwoną. A brak jednego zawodnika w drugiej połowie, która polegała głównie na budowaniu muru wokół bramki Polacka mógłby się okazać brzemienny w skutkach. Jakub Tosik zagrał poprawnie, choć trzeba przyznać, że to z Lechią zagrał na swojej nominalnej pozycji, w przeciwieństwie do meczu z Cracovią.
Dorastają
Podzieliłem sobie rundę wiosenną na trzy etapy. Pierwszy kończy się w sobotę meczem ze Śląskiem. Można więc powoli przybliżać się do wyciągania poważniejszych wniosków dotyczących gry Zagłębia. Wniosek pierwszy, poparty meczem z Lechią, dotyczy naszej młodzieży. Głównie Krzysztofa Piątka i Jarka Kubickiego. Wniosek brzmi: jest dobrze.
Dla jednego i drugiego to pierwszy sezon w poważnej piłce. Obaj wywalczyli sobie miejsce w pierwszym składzie, mając rywali dużo bardziej doświadczonych. Jarek gra wszystko. Trzeba powiedzieć, że miał do tej pory poważnych przeciwników: Iwański, Surma, Lipski, Jodłowiec, Borysiuk, Cetnarski, Kapustka, Budziński, Krasić, Flavio… Względem wszystkich wyglądał co najmniej zadowalająco. Brakuje mu tzw. masy, ale nadrabia wydolnością, agresją i nieustępliwością. W meczu z Lechią ponownie nie był piłkarzem, którego nazwisko często wymieniano, ale to kolejny dobry występ Jarka. Podkreślam jeszcze raz moc jego płuc, bo nabiegał się sporo w tych meczach i nie wygląda, jakby potrzebował odpoczynku.
Bramka w meczu z Lechią to duża zasługa Krzyśka Piątka. Nie spanikował mimo obecności dwóch rywali i instynktownie dograł piłkę do Filipa Starzyńskiego. Mógł strzelić bramkę, ale będąc w polu karnym zbyt długo szukał miejsca do oddania strzału. Połóżmy to na wspomniany brak doświadczenia, ale nie ulega wątpliwości, że druga bramka uspokoiłaby sytuację.
"Wizyta" Barcelony
Marco Paixao po meczu z Piastem mówił, że jego drużyna chwilami przypominała Barcelonę. Na meczu dyskutowaliśmy w redakcyjnym gronie czy nie chodziło czasem o Espanyol. Po czasie przyszła mi jednak do głowy refleksja, że Portugalskiemu napastnikowi chodziło o drużynę piłki ręcznej „Dumy Katalonii” choć i tak jest to interpretacja mocno naciągana.
Lechia Gdańsk zagrała z nami tak, jakby ciągle grała w piłkę ręczną, czyli żmudnie rozgrywała piłkę po tzw. obwodzie. Ale wyglądało tot tak, jakby piłkarze Lechii chcieli umieścić piłę w bramce, której ... nie ma. Jakby Martin Polacek stał na linii końcowej, ale nie miał ani poprzeczki nad sobą ani słupków koło siebie.
Oczywiście, była akcja Stolarskiego, wcześniej szarża wspomnianego Paixao, który groźnie uderzał w pierwszej połowie z rzutu rożnego. Ale wyjmując te sytuacje z całości meczu mieliśmy rywala „bezideowego”. Nie było w grze Lechii żadnego pomysłu na zaskoczenie rywala. Najgroźniejszym elementem było szukanie wolnej przestrzeni przez pół prawych obrońców: Wojtkowiaka i właśnie Pawła Stolarskiego. W drugiej połowie po wejściu na boisko Arkadiusza Woźniaka sytuacja wydała się opanowana, natomiast jest to taki mały „alert”, który należy wzniecić i zwrócić uwagę.
Zagłębie - wersja reżyserska
Starałem się odwlekać ten wątek jak najdłużej. A tak naprawdę wypadałoby od niego zacząć.
Filip Starzyński.
Jego przyjście do Zagłębia podziałało na zespół jak zdjęcie z barków jakiegoś ciężaru. Jak ze spuszczeniem hamulca ręcznego. Znalazł się w końcu piłkarz, który może uderzyć celnie z dystansu, który dysponuje zmysłem kreacyjnym i dokładnym podaniem. Przede wszystkim nie potrzebuje dużo czasu na zrobienie z piłką czegoś konstruktywnego, jego kontakty z piłką często są incydentalne, ale w dużej części dają drużynie dużo dobrego.
Czasem sprawia wrażenie powolnego na boisku. Proszę czytać metaforę, która nastąpi za chwilę z dużym zrozumieniem, ale jak na polskie warunki Filip gra „majestatycznie”. Dostojnie, nie spiesząc się, wykonuje niezbyt chybkie ruchy, ale jak już zagra… Creme de la creme.
Powtarzam, że powyższą metaforę trzeba przyłożyć do koślawych ekstraklasowych rozmiarów. Tegoroczna historia Filipa to również asumpt do dyskusji, o tym gdzie jest polska liga, skoro wchodzi do niej facet nie grający na Zachodzie (i nie jest to wcale Zachód najwyższego poziomu) i z miejsca staje się jej kluczową postacią?
My patrzymy na polskiego „Figo” z lubińskiej perspektywy. A lubińska perspektywa chce oglądać Starzyńskiego w pomarańczowej koszulce. Mając takiego reżysera Zagłębie może odegrać ważną rolę w tym sezonie serialu pt. ekstraklasa.
Do wątku Filipa dokooptowany zostaje były ex chorzowianian. Łukasz Janoszka jest w bardzo dobrej formie od początku roku, podobnie Maciej „Czyściel” Dąbrowski. Najlepszy mecz w Lubinie zagrał Martin Polacek, który dużo pracy nie miał, ale jak miał, to spisał się wybornie…
Talizman Zagłębia
Wiecie, że Zagłębie ma swój amulet, symbol szczęścia?
Wyliczył Michał Rygiel.

Bartosz Marchewka