O tym, jaki mecz zagrało Zagłębie świadczy liczba gwizdów na meczu. Nie było ich, a znamy wiele historii, kiedy kibice z „prostej” dość szybko wyrażali tym sposobem swój „podziw” dla gry zespołu.

Oglądaliśmy Zagłębia, które z rywalem miażdżącym ligę pod względem potencjału kadrowo-finansowego grał co najmniej jak równy z równym, a momentami po prostu go dominował. A to właśnie potencjał i umiejętności poszczególnych piłkarzy Legii zdecydowały o jej zwycięstwie.  

Rozpoczynam od wątku kibicowskiego, bo wyraźnie dało się wyczuć wiarę, że faworyzowaną Legię można pokonać. Nawet mimo „wypadku”, który zdarzył się w drugiej minucie spotkania. Kibice obejrzeli dobry, chwilami bardzo dobry mecz swojej drużyny, za którą nie muszą się wstydzić. Zagłębie dostało solidny cios na początku, ale zaczęło oddychać.

Oczywiście znajdą się osoby, które oddanie inicjatywy po utracie bramki będą łączyć z pragmatycznym cofnięciem się zespołu z Warszawy i czyhaniu na kontry. Ja to widziałem inaczej. Zagłębie rzuciło się do odrabiania strat w sposób uporządkowany i przemyślany. Ataki oparte na szybkim wyprowadzeniu piłki (sytuacja z ewidentną ręką Lewczuka) były prowadzone z różnych kierunków. Do linii pola karnego wszystko wyglądało nieźle…

Brak konkretów i mocy

W zapowiedzi meczu z Legią pojawił się termin jak „minimalizm błędów”. Z takim zespołem margines na ich popełnianie jest wyjątkowo mały. Przekonała się o tym Jagiellonia, przekonało się Zagłębie.

Przy pierwszej bramce Dorde Čotra przegrał kluczową główkę z Hlouškiem, a Damian Zbozień dał się najpierw wyprzedzić, później został przepchnięty przez Prijovicia. Zresztą Damian był taką "dobrze działającą elektrownią”, bo zagrożenie z jego strony dla bramki Martina Poláčka było duże. Był zdecydowanie najsłabszym piłkarzem Zagłębia w tym meczu. Idealnym tego potwierdzeniem były okoliczności otrzymania przez niego żółtej kartki. Najpierw przyjął piłkę (nieatakowany) przez nikogo na 148 metrów do przodu, a następnie wyprostowaną nogą zaatakował Prijovicia.

Zastanawiano się jak będzie wyglądała murawa w Lubinie. Była idealna. Jak dobrze przygotowany stół bilardowy. I taka też taktyka panowała w defensywie Zagłębie. Bilardowa. Tu czegoś nie złapał Martin, tu gdzieś piłka odbiła się od Dąbrowskiego... Były chwile, kiedy latała po polu karnym Zagłębia jak bile po bilardowym uderzeniu „shot to nothing”.

Ale konkretu zabrakło przede wszystkim z przodu. Kiedy dochodzi do strzału to albo Starzyński strzelał za wysoko, albo Pazdan w ostatniej chwili ściągał piłkę z nogi naszego zawodnika. Starał się Arkadiusz Woźniak (moim zdaniem „współpiłkarz” meczu), ale nie przekładało to się na to tytułowy konkret.

Jeśli chodzi o brak mocy to zobaczcie jak pada druga bramka. A właściwie jak w pojedynku z Tomaszem Jodłowcem pada Jarek Kubicki. Tak jak pisałem w zapowiedzi do tej pory nie miał zbyt wielu okazji mierzyć z takimi zawodnikami jak Jodłowiec czy Vranjes. A skala trudności rosła, bo na boisku pojawiali się kolejno Borysiuk, Duda i Hamalainen. Jednak będę ostatnim, który za ten mecz Jarka skrytykuje, bo na ich tle prezentował się naprawdę bardzo solidnie i takie występy to zastrzyk doświadczenia, którego nie da żaden trening.

Pozytywy

Miano drugiego piłkarza meczu otrzymuje Filip Starzyński. Dograł trzy kluczowe piłki, z których tylko jedna zakończyła się bramką. Pierwsza to zagranie do „Wąskiego” w pierwszej połowie, kiedy to Arek ni to zgrywał do Krzyśka Piątka, ni to chciał umieścić piłkę w rogu bramki Malarza. Ta ostatnia sytuacja to rzucenie piłki w pole karne do Adriana Rakowskiego, jednak „Raku” źle opanował piłkę. Nie wiem czy „Figo” nie wytrzymał meczu kondycyjnie, ale to z jego strony płynęło największe zagrożenie i jego zmiana tak naprawdę zakończyła grę Zagłębia w tym meczu. Wprowadzenie Luisa Carlosa i Krzysztofa Janusa miało na celu atakowanie Legii skrzydłami, ale zabrakło piłkarza, który mógłby idealne piłki na dobieg im dorzucać. Dziwić też może zmiana Woźniaka, który od początku latał po boisku jak nakręcony. Pozwolę sobie na uwagę, że ta zmiana ostatecznie odcięła prąd Zagłębiu. Dowód? Policzcie ile kontaktów z piłką miał Eryk Sobków.

Do pozytywów dorzucę jeszcze raz sposób gry Zagłębia, który był efektowny i do pewnego momentu efektywny. Tą drogą musimy podążać, ale jej słuszność musi się potwierdzać w bramkach.

Strefa zagrożenia

Urwane zdanie tytułowe ma bardzo proste dokończenie. Zagłębie bez wstydu, ale i bez punktów. Te są teraz bardzo ważne, bo spłaszczenie tabeli może skutkować niebezpiecznym obsunięciem się w dół. A czekają nas wyjątkowo trudne mecze, bo do następnej przerwy na kadrę jedziemy na Cracovię, za chwilę u siebie Lechia Gdańsk, derby i mecz u siebie z Pogonią. Wszystkie te zespoły są zdeterminowane i na pewno nie będą to łatwe mecze.

Zagłębie jest poklepywane z każdej strony za wiele rzeczy. Za młodzież, za akademię, za murawę, za grę. Tylko te poklepywania mogą nas popchnąć w strefy zagrożenia. Gra Zagłębia musi być dobra, ale przede wszystkim musi być owocna.

Bartosz Marchewka

źródło:

KONKURS TYPERA

mkszaglebie.pl
Sprawdź swoje umiejętności i typuj z MKSZaglebie.pl. Wygrywaj nagrody!

DODAJ KOMENTARZ (NIEZALOGOWANY)

Możliwość dodawania komentarzy została wyłączona!
 

KOMENTARZE (0)