Ostatnio głośno jest w mediach nomenklatury politycznej, więc użyjemy jej i my: nie składamy tym tekstem wniosku o udzielenie trenerowi wotum nieufności. Chcemy natomiast dać przyczynek debaty nad tym, w którą stronę idzie Zagłębie Lubin pod wodzą Piotra Stokowca.
Motyw drogi nie został wybrany bez powodu. Nie dlatego, że to dobra metafora. To przede wszystkim leitmotiv Piotra Stokowca. Wielokrotnie w czasie konferencji pomeczowych mówił, że Zagłębie idzie w obranym kierunku. Z zastrzeżeniem, że z tej drogi nie zejdziemy.
Chcemy zatem zapytać: Trenerze, dokąd idziemy?
Gdańsk, 27 września, 2015 r. 10. kolejka Ekstraklasy. Godzina: ok. 16.15
Zagłębie przyjeżdża na mecz z Lechią będąc rewelacją ligi. Co prawda wypuszczono z rąk zwycięstwa w Zabrzu i w Warszawie, ale rozbito w międzyczasie Ruch i Cracovię oraz wyeliminowało w Pucharze Polski Jagiellonię Białystok. W czterech meczach poprzedzających spotkanie nad Bałtykiem Zagłębie strzeliło 11 bramek. Zagłębie imponowało skutecznością w ofensywie i defensywie, płynnością i pewnością w grze. Wiele głosów podpowiadało trenerowi Adamowi Nawałce, że Krzysztof Janus nie jest gorszy od Sławomira Peszki, regularnie powoływanego do reprezentacji.
Dlaczego wspominamy akurat ten mecz?
Bo od tego pojedynku, a dokładnie od wprowadzenia Jarosława Jacha w miejsce Krzysztofa Piątka, zaczął się marazm w grze Zagłębia, który praktycznie trwał do końca rundy.
Chcąc być sprawiedliwymi przyznajemy, że decyzja o zmianie była wymuszona. Przyznajemy, że Zagłębie w tamtym czasie grało często i gęsto, więc być może zabrakło sił. Ale trudno nie przyznać, że zdezorganizowanie dobrej gry Zagłębia wprowadzeniem trzeciego stopera pozwoliło Lechii nabrać wiatru w żagle. Być może będziemy się wymądrzać, ale nie ma potrzeby psuć tego, co funkcjonuje dobrze, a czasami bardzo dobrze. Lechia w pierwszej połowie była bezzębna, choć oddała kilka strzałów. W drugiej połowie piłkarze, jeszcze wtedy Thomasa von Heesena, skrzętnie wykorzystali „gigabłędy” w ustawieniu „Miedziowych”. Przejście na grę pięcioma obrońcami było podjęciem sporego ryzyka, na którym ewidentnie trener Stokowiec się poślizgnął. W momencie, gdy Zagłębie grało pięcioma obrońcami straciliśmy łącznie aż osiem bramek.
Wspominamy o tym meczu, bo to taki moment-symbol. Symbol na tezę, że niektóre decyzje Piotra Stokowca ewidentnie go nie bronią.
Kolejny przykład?
31 października i 14. kolejka Ekstraklasy. Mecz z liderującym Piastem Gliwice.
Piotr Stokowiec wystawia w tym meczu czterech pomocników. Co istotne czterech ŚRODKOWYCH pomocników. Zamiar jesteśmy w stanie zrozumieć, bo chodziło o stworzenie przewagi w środku pola, ale takie zabiegi stosuje się w znacznie lepszych ligach (bardzo często w Anglii), mając lepszych wykonawców. Efekt? Zagłębie było całkowicie podporządkowane wydarzeniom boiskowym, które ustalał Piast. „Zagęszczony” w zamiarze środek pola był przeszywany przez Kamila Vacka, Martina Nespora czy Radosława Murawskiego.
Ten krótki faktograficzny wstęp jest potrzebny, abyśmy przedstawili tezę, że w kwestiach taktycznych zespół Zagłębia błądzi. Mecz w Gliwicach był tego dowodem. Gdy liga odgadła Zagłębie i pomysł na grę trenera Stokowca, to nie potrafił on znaleźć na to recepty – czytaj innego schematu i innego rozwiązania. Niby przypadek Cracovii oraz wspominanego Piasta pokazuje, że można grać swoją piłkę przez całą rundę uzyskując bardzo dobre wyniki, ale u nas to nie przeszło.
W drugiej części rundy jesiennej dobre momenty Zagłębia były co najwyżej epizodyczne. Przypominam się mecz z Wisłą Kraków, gdzie graliśmy bardzo dobrze, ale tylko do utraty pierwszej bramki. Wiele było w ostatnim czasie meczów, gdzie grę piłkarzy Zagłębia możemy określić tylko jednym przymiotnikiem. Bezideowa.
Jeśli do taktycznego impasu dodamy obniżkę formy zawodników, powtarzające się sekwencje błędów w obronie, to mamy efekt jaki mamy. Czyli 7. miejsce w tabeli i bardzo mizerną drugą część rundy jesiennej.
Przeszlibyśmy nad tym do porządku dziennego, gdyby nie zaklinanie rzeczywistości przez trenera Stokowca. Niektórzy twierdzą, że przywiązywanie większej wagi do konferencji prasowych to czepianie się i wielu trenerów mówi na nich głupoty, jednak poniższe bon moty ośmieszają nie tylko osobę Piotra Stokowca, ale także Zagłębie Lubin, czego zaakceptować nie możemy.
„Będziemy starali się grać swoją piłkę, braki musimy nadrabiać zaciętością i zaangażowaniem.”
„Nie robię tragedii z tej porażki, bo w naszej grze widzę postęp. Nie wstydzę się ani wyniku ani gry, bo obejrzeliśmy Zagłębie, które walczy i podnosi rękawice.”
„Czujemy niedosyt, bo chcieliśmy wygrać ten mecz, doceniamy jednak, że Śląsk jest klasową drużyną, która grała w pucharach. Nasz klub się rozwija, po przebudowie stajemy dziś do walki ze Śląskiem mając w składzie piłkarzy, którzy nie grali w meczach derbowych. Jesteśmy umiarkowanie zadowoleni, ale to pokazuje, że obraliśmy słuszny kierunek i w meczach z czołówką ligi zaprezentowaliśmy się dobrze.”
„Dzisiejszy mecz pokazał, jak ciężką drogę obrało Zagłębie i ile pracy jeszcze przed nami. Czas dojrzewania naszej drużyny jest bolesny, ale nie poddajemy się.”
Nie oczekujemy kwiecistych przemów w stylu Jose Mourinho, czy chociażby Michała Probierza, ale trochę to wszystko trąci korpomową i brakiem profesjonalizmu. Nie chcemy też, aby Stokowiec grillował swoich zawodników jak wspominany były już trener Lechii. Chcemy, aby kibice Zagłębia usłyszeli po meczach swojego klubu więcej konkretnych wniosków.
Trenera Stokowca chcemy skonfrontować z jeszcze jednym jego stwierdzeniem:
„Wszyscy w Polsce powinni patrzeć na Zagłębie, na to co robimy, że wprowadzamy swoich wychowanków, którzy grają jak równy z równym z Mistrzem Polski. Na murawie grali zawodnicy z rocznika 97 i 98 i pokazali na co ich stać.”
Akurat w tej kwestii Piotr Stokowiec może stanąć z otwartą przyłbicą. Poprawiamy grafików z programu „Liga+”, którzy jakoś zaniżyli liczbę minut młodych piłkarzy w Zagłębiu. Nam wyszło, że piłkarze z rocznika 1995 i młodsi spędzili na boisku łącznie 2667 minut. Prawie połowę z tego czasu wybiegał Jarosław Kubicki (1260 minut), a na tej liście są również Krzysztof Piątek (1013), Sebastian Bonecki (162), Eryk Sobków (82), Paweł Żyra (135), Karol Żmijewski (12) i Filip Jagiełło (2).
Zauważamy pewien brak pomysłu na ustalenie pozycji Jana Vlaski. Pomijamy kłopoty zdrowotne Słowaka oraz, jak nam się wydaje, pewne problemy aklimatyzacyjne. Jan Vlasko to typowy wolny elektron, stworzony do gry za napastnikiem. Piłkarz z dryblingiem, z techniką, z „konstruktywnym” przyjęciem piłki, ale pozbawionym odpowiedniej szybkości. Jeśli już grał, to ustawiany na lewej stronie pomocy, gdzie jego atuty są umniejszane i to bardzo drastycznie. Jan Vlasko na tej pozycji po prostu się męczy, co odbija się negatywnie na grze zespołu.
Nie sądzimy jednak, że Piotr Stokowiec jest sabotażystą i nie wystawia Vlaski, bo „nie i już”. Najwidoczniej przegrywał rywalizację z innymi zawodnikami. W komentarzach na naszej stronie możemy czasem przeczytać, że „Vlasko nie gra, a przecież pokazał, że grać potrafi”. Prawda jest smutna, ale jak na razie, to nie pokazał zbyt wiele, poza asystą z „Jagą”, dobrym sparingiem ze Slovanem i tym, że dobrze czuje się z piłką. Wszystkich, którzy szukają teorii spiskowych prosimy o rozsądek i cierpliwość – zobaczymy jak „Jano” będzie wyglądał po przepracowaniu okresu przygotowawczego. Z kolei Piotr Stokowiec musi pamiętać, że Vlasko z Zagłębia będzie Vlaską z Trnawy, wówczas, gdy będzie grał na swojej nominalnej pozycji, a nie na skrzydłach.
Pod nieobecność Vlaski najczęściej w rolę rozgrywającego wcielał się Adrian Rakowski. Wychodziło mu to raz lepiej, raz gorzej. Tak też falowało Zagłębie przez całą rundę. Rakowski mimo wszystko rozgrywa swoją najlepszą rundę w barwach lubińskiej drużyny. Jeżeli jednak chodzi o jego statystyki, to nie są one zbyt imponujące. Dwa gole i jedna asysta, to jednak troszkę mało, jeżeli chodzi o rozgrywającego. Na tej pozycji występował jeszcze Paweł Żyra, ale to melodia przyszłości. Widać, że chłopak ma potencjał. I na tym w zasadzie się kończy nasza obsada pozycji nr 10. Wspominając klasyka, na tej pozycji „szału ni ma” i kto wie, czy brak lidera na „dyszce” nie spowodował, że w kilku kluczowych meczach Zagłębie zawiodło.
Pogadanki na temat „typowej dziesiątki” to asumpt, by rozpocząć dyskusje na temat całej drugiej linii Zagłębia. Naszym zdaniem to miejsce, gdzie brakuje jakości. Zobaczymy na kluby z czołówki. Wiodącą postacią Piasta Gliwice jest Kamil Vacek, w Cracovii wyróżniają się Mateusz Cetnarski i Bartosz Kapustka, w Pogoni dzieli i rządzi wiekowy Rafał Murawski. Czy w drugiej linii możemy Zagłębia możemy znaleźć takiego piłkarza?
I tak i nie. Najwięcej minut w środku pola rozegrał Jakub Tosik (1305) i to on wydaje się być liderem drugiej linii. Musimy sobie zadać jednak pytanie, czy to akurat nasz defensywny pomocnik powinien ciągnąć ten wózek do przodu. Może to niektórych zaskoczyć, ale w tym sezonie Tosik ma najlepsze statystyki ze wszystkich środkowych pomocników w naszym klubie: 2 gole, 2 asysty, 2 kluczowe podania. Jak na zawodnika z pozycji numer sześć, jest to wynik dobry. Po pierwszej dość słabej rundzie w barwach Zagłębia, dwie kolejne rundy w wykonaniu „Tosia” są już na dobrym poziomie.
„Ósemka”, czyli łącznik między liniami, jest obsadzona przez „produkty” naszej akademii. Wyborem numer jeden jest Jarosław Kubicki, który rozegrał 1260 minut w tym sezonie. Trzeba przyznać, że zanotował znaczący progres. Oczywiście jak przystało na młodego zawodnika miewa wahania formy, a jeden gol i jedno kluczowe podanie na kolana oczywiście nie rzuca. Są rezerwy, bo Jarek nie boi się grać do przodu i z czasem „cyferki” powinny przyjść same. O miejsce w składzie wydaje się on konkurować z Filipem Jagiełłą oraz Sebastianem Boneckim. Jego zmiennicy zbyt wielu szans w tym sezonie jednak nie otrzymali.
Osobny akapit należy się Łukaszowi Piątkowi. Pełni on rolę zapchajdziury w środku pola. Zaczął sezon w podstawowym składzie, jednak szybko okazało się, że mamy w drużynie lepszych zawodników. Po meczu w Niecieczy usiadł na ławce rezerwowych i nie licząc dwóch wejść z ławki, podniósł się z niej dopiero w 12. kolejce, kiedy to z powodu żółtych kartek wypadł Jakub Tosik. Dość długo utrzymał miejsce w składzie, ale to głównie dlatego, że Tosik nabawił się kontuzji. W momencie, w którym nasz podstawowy zawodnik się wyleczył, Piątek znów przyjął pozycję siedzącą. Uczciwie należy przyznać, że nie wykorzystał swojej szansy. O ile w odbiorze było całkiem poprawnie, o tyle mając już piłkę przy nodze nie podejmował ryzyka, grał na alibi i zwalniał akcje. Takie granie ma sens w końcówkach spotkań, kiedy trzeba utrzymać wynik. Od początku powinno się oczekiwać czegoś więcej. I chyba widzi to też trener Stokowiec.
Jest jednak pewne usprawiedliwienie dla środkowych pomocników i ich dość słabych statystyk. Nasza taktyka przez większość sezonu opiera się na graniu skrzydłami i to właśnie nasi skrzydłowi „kradną” liczby środkowym pomocnikom. Liderem jest tutaj Krzysztof Janus mający w dorobku 3 gole, 4 asysty i 4 kluczowe podania, do tego 2 gole w Pucharze Polski. Po kilku miesiącach jego obecności w Lubinie możemy stwierdzić, że jest to jeden z lepszych transferów Zagłębia w ostatnich latach. Janus szczególnie dobrze prezentował się w środkowej części rundy. Bardzo dobrze zagrał w meczach u siebie z Cracovią czy Ruchem. W dalszej części sezonu pojawił się problem, gdyż wszyscy już wiedzieli na kogo w Zagłębiu trzeba szczególnie uważać i – przynajmniej w teorii – powinno to ułatwić zadanie pozostałym zawodnikom.
Drugie skrzydło było królestwem dwóch zawodników. Pierwszym wyborem Piotra Stokowca był Łukasz Janoszka. Rundę zakończył z trzema golami, dwiema asystami i jednym kluczowym podaniem. Z „Ecikiem” jest odwrotnie niż z Janusem, ponieważ znacznie lepsza w jego wykonaniu była druga część jesiennych zmagań. Choć w tym sezonie Janoszka potrafił zniknąć na długie minuty i czasem brakowało mu piłkarskiej jakości, walki i zaangażowania odmówić mu nie można. Nie jest on typowym skrzydłowym. Dużo częściej schodzi do środka i zostawia wolny korytarz dla bocznego obrońcy. Dorde Cotra, bo o nim mowa, w tym podsumowaniu traktowany jest właśnie jako skrzydłowy (1 gol, 4 asysty i 1 kluczowe podanie). Nie można się przyczepić do statystyk piłkarza z Serbii. Mecz w mecz „Dżordż” dogrywa świetne piłki do swoich kolegów. Świetnie bije stałe fragmenty gry. Nasz lewy obrońca ma za sobą bardzo dobrą rundę, był jedną z czołowych postaci w zespole z Lubina. Naszym zdaniem brakuje mu konkurencji. Dorde zagrał praktycznie wszystko od deski do deski i momentami brakowało mu paliwa.
O miejsce w składzie na skrzydłach rywalizuje dwóch naszych wychowanków. Arek Woźniak to przez większość sezonu żelazny rezerwowy. Dziesięciokrotnie wchodził w tym sezonie z ławki, jednak najlepsza forma „Wąskiego” przyszła dopiero na koniec rundy. Jego bilans to: 2 gole i 1 asysta, ale końcówka rundy pokazała, że Woźniak potrafi grać w piłkę i po ciężko przepracowanym okresie przygotowawczym może stanowić o sile naszego zespołu. Drugi z naszych wychowanków zdecydowanie nie cieszy się zaufaniem trenera. Adrian Błąd, bo o nim mowa, w tym sezonie zaliczył tylko trzy wejścia z ławki. „Adi” jednak nie składa broni, zaciska zęby i walczy o możliwość gry w pierwszej drużynie. Głównie próbuje się pokazać w meczach rezerw czy sparingach, gdzie regularnie strzela bramki.
Karol Żmijewski rozegrał 12 minut w Ekstraklasie i 15 minut w Pucharze Polski. Ciężko powiedzieć czy wykorzystał swoją szansę, bo takiego epizodu nie można nazwać szansą. Trzeba jednak „Żmijce” oddać, że jak już wchodził na boisko, to nie odpuszczał i walczył o każdą piłkę. Konrad Andrzejczak w tym sezonie bez występu w pierwszej drużynie. W tym przypadku wypożyczenie do jakiegoś klubu pierwszoligowego powinno być optymalnym rozwiązaniem. Bez regularnej gry dalszy rozwój tego zawodnika nie będzie możliwy.
Po skrzydłowych przyszedł czas na napastników, bo to przecież napastnicy żyją z podań skrzydłowych. Tutaj – tak jak na pozycji numer 10. – też mamy spore rezerwy. Właśnie przez brak reżysera gry trener Stokowiec próbował grania ustawieniem 4-4-2. Jest to jakiś pomysł, jednego natomiast brakuje: różnych napastników. Michal Papadopulos i Krzysztof Piątek to napastnicy o bardzo podobnej charakterystyce. Dominuje u nich siła, gra tyłem do bramki, walka o górne piłki. Do jednego z nich potrzebny jest napastnik, który jest szybki, nie boi się dryblingu, umie wyjść do prostopadłej piłki. Runda w wykonaniu naszych napastników nie była udana. Obaj w pewnym momencie się zacięli. Czech w tym sezonie w Ekstraklasie strzelił 6 goli i zaliczył dwie asysty. Ostatnią bramkę w lidze strzelił w 11. kolejce w meczu derbowym ze Śląskiem Wrocław. Wówczas był to bardzo dobry wynik Michala, bowiem miał 6 goli w 10 meczach (raz pauzował za kartki). Od tego momentu było już tylko gorzej. Kolejne 10 ligowych spotkań bez gola, a trzeba przyznać, że wyśmienitych sytuacji do poprawienia swojego dorobku nie brakowało. Wspomnieć wypada choćby przestrzelonego karnego w meczu z Górnikiem Łęczna, czy doskonałe sytuacje w meczach z Koroną czy Górnikiem Zabrze. Wliczając mecze Pucharu Polski z Lechem mamy dokładnie 973 minuty bez zdobytego gola. Komentarz chyba zbędny.
Krzysztof Piątek w tym sezonie może się pochwalić dwoma golami i jednym kluczowym podaniem w rozgrywkach Ekstraklasy. Jak na napastnika, który wystąpił w 17 spotkaniach Ekstraklasy jest to wynik mizerny. Delikatnie ten dorobek poprawiają rozgrywki Pucharu Polski, w których „Bania” dołożył kolejne dwa trafienia. Ostatniego gola w Ekstraklasie zdobył w meczu 6. kolejki z Legią Warszawa. Od tego meczu przez kolejne 775 minut nie potrafił pokonać bramkarza. Przed Piątkiem sporo pracy, bo póki co Ekstraklasa to za wysokie progi dla naszego napastnika.
Trzecim napastnikiem, który dostał szansę w tym sezonie jest Eryk Sobków. Zaliczył 8 spotkań w Ekstraklasie, ale ani razu nie dostał więcej niż 15 minut gry. W początkowych rundach Pucharu Polski dostał swoją szansę i tam w dwóch meczach strzelił 3 gole. Ponadto grywał w rezerwach, gdzie w dziewięciu spotkaniach zdobył siedem goli. Zdecydowanie bardziej zasłużył na szansę kosztem choćby Krzysztofa Piątka. Miejmy nadzieję, że wiosną na boisku będzie się pojawiał częściej.
Zaczęliśmy trochę na opak, ale skoro drugą linię i atak mamy podsumowane, wypada przejść do formacji defensywnych. Tutaj podsumowanie wypada zacząć od bramkarza. Sezon w bramce rozpoczął nasz kapitan: Konrad Forenc. Już w ekstraklasowym debiucie przeciwko Podbeskidziu było trochę gorąco z powodu naszego bramkarza, bowiem „Fori” ponosił część winy za gola straconego już w drugiej minucie wspomnianego meczu. Nie licząc faulu w meczu z Wisłą Kraków, spektakularnych baboli nie było. Forencowi tylko dwa razy udało się zagrać „na zero” z tyłu. Konrad w tym sezonie obronił 40 z 60 strzałów zmierzających w bramkę Zagłębia (66,7% obronionych strzałów). Kilkukrotnie był bardzo bliski uratowania zespołu przed stratą bramki, jednak piłka wpadała po jego rękach do naszej bramki. Nasz kapitan miewał problemy z grą na przedpolu i powinien nad tym pracować. Nie zawsze było też pewnie przy interwencjach za polem karnym. Pierwszy raz takie wyjście na styk (w meczu z Pogonią Szczecin) za pole karne skończyło się szczęśliwie. Za drugim razem już zakończyło się czerwoną kartką i ławką do końca roku.
Po tej czerwonej kartce do bramki wskoczył Martin Polacek i miejsca między słupkami nie oddał aż do końca roku. W sumie rozegrał 6 i pół spotkania w Ekstraklasie i zaliczył w tym czasie dwa czyste konta. Obronił 18 z 27 strzałów lecących w bramkę Zagłębia, co daje nam 66,7% obronionych strzałów. Tutaj, tak jak w przypadku Forenca, baboli nie było, ale kilka razy Martin mógł zachować się lepiej, jak choćby podczas ostatniego meczu z Górnikiem Zabrze. Na tle całej ligi skuteczność naszych golkiperów nie wygląda zbyt dobrze. Lepszy procent obronionych strzałów od Forenca i Polacka ma aż 19 bramkarzy. W 2016 roku Konrad i Martin muszą prezentować się lepiej.
A ta poprawa będzie możliwa, jeżeli pomogą nasi obrońcy. Liderem obrony bezsprzecznie jest L'ubomir Guldan. Słowak gra praktycznie wszystkie mecze od początku do końca. Nie zagrał w tym sezonie tylko raz, kiedy pauzował za nadmiar żółtych kartek. Guldana zabrakło w meczu z Jagiellonią i było to widać zarówno po końcowym wyniku, jak i po ilości świetnych sytuacji, które stworzyła sobie Jagiellonia. Zawalił tylko jednego gola w tej rundzie (z Wisłą Kraków na 1:3). W sumie w tej rundzie Słowak zaliczył jedną asystę i jedno kluczowe podanie. Poza tym z reguły gra bardzo spokojnie i przy nim rozwinął się Jarosław Jach.
Nasz reprezentacyjny obrońca zaczął sezon na ławce. Wskoczył do składu w 3. kolejce na skutek kontuzji Macieja Dąbrowskiego. Zagrał cztery kolejne mecze w pierwszym składzie i wypadł ze składu po powrocie „Dąbrosia”. Dalej była ta feralna zmiana w meczu z Lechią… Na dobre do składu wskoczył w meczu 16. kolejki z Podbeskidziem. Widać, że zrobił zdecydowany progres w porównaniu z tym, jak grał w I lidze. Takie występy jak na zapleczu Ekstraklasy jednak wciąż mu się zdarzają, a idealnym przykładem był mecz z Jagiellonią, gdy spisał się bardzo słabo. Widać jednak, że gra z Guldanem mu służy i każda minuta na boisku działa na jego korzyść. Trzeba też wspomnieć o dwóch zdobytych bramkach, co naszym stoperom nie zdarza się zbyt często. Jeżeli Jarek będzie się rozwijał w takim tempie, to nadchodząca runda może być jego ostatnią w barwach Zagłębia.
Wspomniany Maciej Dąbrowski tej rundy z pewnością nie może zaliczyć do udanych. Najpierw saga z przenosinami do Turcji, a później kontuzja negatywnie odbiły się na jego formie. Miewał co prawda przebłyski i bywał zaporą nie od przejścia dla rywali, tak jak to miało miejsce w I lidze, ogólnie jednak obniżył loty i w pewnym momencie sezonu przegrał rywalizację z Jarosławem Jachem. Miał też sporo pecha, bo to po jego rzekomych faulach sędziowie na siłę dopatrywali się karnych, których w rzeczywistości nie było. Warto odnotować również fakt, że Maciek raz wpisał się na listę strzelców.
Na zakończenie trzeba się odnieść do bocznych obrońców. Najlepszym z nich był Dorde Cotra, ale o nim już wspominaliśmy przy okazji skrzydłowych. W tym miejscu trzeba jedynie uzupełnić poczynania Cotry w defensywie. Tutaj może nie było tak kolorowo jak pod bramką przeciwnika, ale Dorde też poniżej pewnego poziomu nie schodził.
Po drugiej stronie pierwszym wyborem był Aleksandar Todorovski. W tym sezonie jedna asysta i dwa kluczowe podania – to tyle, jeśli chodzi o poczynania w ataku. W obronie było różnie. Trafiały się mecze, kiedy to jego stroną sunęły wszystkie ataki rywala i to tam właśnie było największe zagrożenie. Ale trzeba też oddać, że trafiały się mecze, kiedy to „Todor” zamykał tę stronę i rywal nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Bałkański charakter z pewnością pomaga mu w grze na tej pozycji, bo Macedończyk nigdy nie odpuszcza. Czasem zdarzy mu się zagrać zbyt ostro.
Głównym konkurentem Todorovskiego o miejsce na prawej obronie był Damian Zbozień. Dołączył on do Zagłębia już w trakcie rundy i było to widać w jego grze. O wiele lepiej prezentował się w ofensywie niż w defensywie. Zagrał w Ekstraklasie siedmiokrotnie, z czego cztery razy w pierwszym składzie (zaliczył jednego gola i jedno kluczowe podanie). Jego sytuacja w klubie jest bardzo podobna do tej, kiedy do Zagłębia przychodził Tosik. Pierwsza runda też nie była najlepsza, ale solidnie przepracowana zima sprawiła, że Tosik zaczął grać na solidnym poziomie. Tak samo powinno to wyglądać, jeżeli chodzi o Zbozienia. A przecież Damian jeszcze za czasów Piasta Gliwice udowodnił, że może być czołowym bocznym obrońcą ligi. Musi solidnie popracować i nabrać pewności.
Miniona runda w wykonaniu Zagłębia najlepsza nie była. Nie była też najgorsza. Faktem jednak jest, że z tych 21 spotkań powinniśmy wycisnąć zdecydowanie więcej. Szczególnie boli strata punktów w meczach z Górnikiem Zabrze (zarówno z tego wyjazdowego jak i domowego), Legią Warszawa czy Górnikiem Łęczna. Z tych spotkań powinno być o siedem punktów więcej, a to już byłaby solidna zaliczka przed walką o czołową ósemkę na wiosnę. Teraz zadanie jest zdecydowanie trudniejsze, ale nie jest niemożliwe. Kluczowe wydaje się, aby dobrze zacząć wiosnę. Przy złym starcie pojawi się dodatkowa presja, a to nie pomoże drużynie w osiąganiu dobrych wyników.
Solidna praca powinna zacząć się od pierwszego treningu, na którym powinni się zjawić wszyscy piłkarze, który będą w kadrze Zagłębia na rundę wiosenną. Piotr Burlikowski powinien zrobić wszystko, by sytuacja jak ta z Janem Vlaską i Damianem Zbozieniem nie powtórzyła się po raz drugi. Dopinanie transferów „za pięć dwunasta” w poprzednich okienkach za każdym razem odbijało się nam czkawką.
Wzmocnienia potrzebne są na kilku pozycjach. Czy będą to transfery z zewnątrz, czy trener Stokowiec zbuduje jakiegoś zawodnika, którego ma w kadrze, to nie ma znaczenia. Wzmocnić należy trzy pozycje. Najważniejsza, to napastnik. Odbudowanie napastników to priorytet w okresie przygotowawczym, ale tutaj nie można wykluczyć transferu z zewnątrz. Druga sprawa, to doprowadzenia Jana Vlaski do stanu używalności. W środku pola brakuje jakości i jeśli zlekceważy się ten problem, nasza gra na wiosnę nie będzie wyglądała inaczej niż jesienią. Ostatnią pozycją, którą trzeba wzmocnić jest defensywa. Widzielibyśmy tutaj kogoś, kto potrafi zagrać na lewej stronie jak i na środku obrony. Bo nie daj Boże Cotra nabawi się jakiegoś urazu, zostaniemy bez lewego obrońcy i wtedy zaczną się prawdziwe problemy.
Jest nad czym pracować. Sądząc po ostatnich wypowiedziach zawodników zapału do pracy nikomu w drużynie nie zabraknie. To z pewnością solidny fundament, na którym można zbudować awans do czołowej ósemki. Ten awans da nam siedem meczów spokoju. Przez te siedem spotkań będzie można jeszcze odważniej postawić na młodzież i dać im zaprezentować się w meczach z najlepszymi drużynami w kraju. A to powinno zaprocentować już na kolejny sezon.
Redakcja MKS Zagłębie PL