Teraz znów jest taki moment.
Mecz z Jagiellonią był jak trening interwałowy. Najpierw źle, wolno, niedokładnie i nerwowo, aby później zagrać dobrze, szybko, konsekwentnie i spokojnie.
Trudno powstrzymać słowa pochwał. Ponieważ ich będzie więcej, warto zwrócić uwagę na to, co w grze „Miedziowych” nie zadziałało.
Zagłębie popełniło na początku meczu błąd typowy dla niemal wszystkich drużyn, które przyjeżdżają na boisko faworyta. Automatycznie nisko cofnięta obrona, formacje nazbyt ściśnięte. Próby wyprowadzania kontrataku zamykały się raczej do naiwnych działań skrzydłowych, czyli Janoszki i Janusa. Jednak wszystko, co działo się złego w grze Zagłębia we wstępnej fazie meczu, a co miało wymierne negatywne skutki, zaczynało się w środku pola. Nie pierwszy raz w tym sezonie, a trwa on ledwie 270 minut, zwracam na to uwagę. Dwójka defensywnych pomocników Zagłębia ma za zadanie przejąć strefę 30-20 metrów przed bramką Forenca i nie dopuścić do zagrożenia płynącego z tego miejsca. Konstantin Vassiljev przyjmując piłkę w tym miejscu w 12. minucie miał bardzo dużo czasu i bardzo dużą przestrzeń na przeprowadzenie udanej akcji. Dalsza akcja, to już sekwencja błędów: Jarek Jach odbiega od Gajosa, Guldan spóźniony, sprytne zagranie Sekulskiego i mamy bramkę.
Jagiellonia popełniła jednak jeden z największych grzechów piłkarskich. Grzech pychy. Skoro zobaczyła tak schowane Zagłębie, a udało się jednocześnie szybko strzelić bramkę, to nie starała się usilnie zdobyć drugiej bramki.
I w tym momencie zaczął się mecz, przez który do teraz mam przetarte oczy. A od jego zakończenia minęło przecież sporo czasu.
Przede wszystkim walka. Jazda na dupach i bieganie za piłką nie jest kunsztem piłkarskiego rzemiosła, ale w tym momencie było to niezbędne. Niezbędne do zbudowania własnej gry, opartej przede wszystkim na dostarczaniu piłki na skrzydła. Najwięcej zagrożeń bramki Drągowskiego dostarczali Janus i Cotra. Łukasz Janoszka, formalnie lewoskrzydłowy, był często widziany w środku pola – zobaczcie z jakiego miejsca na boisku dograł asystę do Papadopulosa przy pierwszej bramce. Na poniższej infografice z portalu ekstraklasa.org możecie zobaczyć średnie „położenie” Janoszki i Krzyśka Janusa w tym meczu.

Ale żeby skrzydłowi mogli piłkę dostać, ktoś im musiał ją podać. I tu pojawia się nazwisko największego wygranego bitwy białostockiej. Przez wielu skreślony i pierwszy na liście do odrzutu. A jednak. Adrian Rakowski.
Należą mu się słowa pochwał, w odpowiedzi na te wszystkie inwektywy, które otrzymał. Rakowski był najlepszym piłkarzem Zagłębia. Odpowiedzialnym, na wskroś eleganckim. Czuło się taką lekkość od Rakowskiego i pewność, że jak dostanie piłkę, to zrobi z niej użytek. A to uruchomił dokładnym podaniem Cotrę lub Janusa (dokładnym, czyli napędzającym akcję, a nie podaniem „do nogi”, które akcję hamowało), a to korzystnie dla gry ją holował. Przyspieszał i uspokajał grę. No i oczywiście bezcenna bramka, która również jest wypadkową poprawy rozgrywania stałych fragmentów gry. To oczywiście zasługa sprowadzonego Jana Vlaski, którego rolę „10” wypełniał w tym meczu właśnie Rakowski. Po wejściu Słowaka na boisko „Raku” przesunął się nieco bardziej do tyłu. I na pozycji, którą w piłkarskim żargonie określa się mianem registy, czyli rozgrywającego głęboko operującego piłką, zagrał bardzo dobrze.
Naprawdę jestem bardzo zbudowany jego postawą. Jak zwrócił w prywatnej rozmowie naczelny naszego portalu, „Raku” w końcu otrzymał szansę. Taką prawdziwą. W meczu z poważnym rywalem, na jego boisku, z odpowiedzialną funkcją. I nawet gdyby Maciej Gajos nie „przyramosował” przy karnym, to i tak Adrian Rakowski nie pozbyłby się łatki absolutnie najlepszego piłkarza tego meczu. Meczu, który postronnym kibicom na pewno mógł się podobać.
Osobne dobre słowa na swój temat musi też przeczytać Jarosław Jach. Po rundzie jesiennej poprzedniego sezonu pisałem, że nawet jak na młodego piłkarza to startuje z bardzo niskiego pułapu, jeśli chodzi o jakość piłkarską. A kompletnie tego nie było widać. Takim symbolem dobrego występu może być przecięcie piłki, którą ze środka boiska na wolne pole dostał chyba Maciej Gajos. Ten występ sprawia, że Jarosław Jach, biorąc pod uwagę kontuzję Macieja Dąbrowskiego, staje się na dziś poważniejszą alternatywą na środek obrony niż sprowadzony Damian Zbozień.
Warto zwrócić uwagę na wartości, które jadą z Białegostoku, a które są ponad piłkarskie. Przede wszystkim Zagłębie potrafiło odwrócić wynik. I to z rywalem z ligowej czołówki, z bardzo ambitnym trenerem. Udało się zdominować faworyta (początek drugiej połowy!). Ten mecz to potężna dawka pewności siebie i zrzucenie takiej pleśni, która narosła po dwóch pierwszych meczach. Ten mecz udowodnił nam, kibicom, ale przede wszystkim piłkarzom, że są w stanie zagrać bardzo dobry mecz.
Powtórzę tezę, która przyświecała w poprzednim sezonie. Jeżeli dobry występ piłkarzy w meczu z Jagiellonią nie zostanie przeciągnięty na piątek i spotkanie z Termaliką, to będzie on tylko gorzkim wspomnieniem i będzie powracać jak cień dobrej gry. Natomiast analogiczny występ w Mielcu będzie skutkował wymazaniem strachu i pozwoli przystąpić do spotkania z Lechem z pełnym ładunkiem pewności siebie.
Bartosz Jan Marchewka
Obserwuj autora na Twitterze