To, że nie będziemy wszystkiego wygrywać, było oczywiste. Ale są różne kategorie porażek. Takie, po których można bić brawo i schodzić z podniesionym czołem, są takie, że wstyd nie pozwala spojrzeć w lustro.

 

Dzisiejszej porażki nie umieściłbym ani w drugiej, ani oczywiście w pierwszej kategorii. Jednak ma ona wyjątkowo kwaśny posmak. Po pierwsze, były okazje do ukłucia Jagiellonii. I tak jak Arek grał dobrze w poprzednich spotkaniach, dzisiaj było fatalnie. Oczywiście, ambicji i woli walki mu nie odmówię, ale gdy brakuje spokoju, gdy często decydująca „forma dnia” jest na kiepskim poziomie, to trudno strzelić bramkę. Szkoda, że „setkę” w ostatniej akcji pierwszej połowy zmarnował wzorowo, a mogła ona nie tylko przynieść remis, ale i wprowadzić spokój, którego widocznie brakowało. Miejmy nadzieję, że w przyszłym tygodniu Piech będzie skuteczniejszy. Musi.

Po drugie, mimo tych okazji, to całokształt gry był fatalnie skonstruowany. Osadzeni blisko bramki Silvio Guldan i Piątek uniemożliwiali poprawną dystrybucję piłki na skrzydła, czy też do Piecha. Bliżej musiał też zbiegać Curto i wpisywał się w ten anemiczny obraz. W kluczowej akcji bramkowej Grzyb miał wokół siebie cały areał wolnego miejsca, a strzał z dystansu zawsze miał niezły. Akcje ofensywne próbowaliśmy przeprowadzać prze Cotrę i Widanowa, ale ci nie mając wsparcia skrzydłowych: Kwieka (nie jego pozycja) i Przybeckiego (pozycja tak, forma ma status „poszukiwanej”) nic konkretnego urzeźbić po prostu nie mogli. Pierwsza połowa do absolutnej analizy i do absolutnego wyrzucenia z pamięci, natomiast druga - niewiele lepsza. To trochę niebezpieczne, że swoją grę uzależniamy od tak chybotliwego piłkarza jak Abwo. Zagrał trzy dobre/świetne mecze, ale bardzo poważnie brzmi pytanie: czy to już wszystko? Trener Lenczyk, chyba rozsądnie, przed ważnym tygodniem chciał nieco oszczędzić Adriana i Davida, ale przeliczył się on i przeliczyliśmy się my. Miłosz zagrał fatalne 45 minut, wygrał chyba tylko jeden pojedynek ze Strausem, po czym idealnie podał piłkę do stopera Jagielloni. Fatalne to i pesymistyczne.

Jaga nas nie przygniatała totalnie, ale jak to określiłem w gronie znajomych, była lepsza o jednego Piłkarza. Quintana. Jeśli masz gościa, który umie to robić, to gra się łatwiej, to te schematy, o które się upominam nie mają takiego znaczenia. Możesz dostosować taktykę ofensywną do jego talentu, do jego umiejętności, do jego inwencji twórczej... My nikogo takiego nie mamy, dlatego akcent gry trzeba rozłożyć na kilku graczy, a jeśli ci byli wyraźnie pod formą, to nie można wygrać meczu.

To tylko jeden mecz. Oczywiście każdy mecz jest ważny, ale wśród tych, które nas czekają, ten był najmniej. Kto wie, może taki przysłowiowy „liść na odmułkę”, może taka wpadka zadziała otrzeźwiająco i nie pozwoli wpuścić do zespołu samozachwytu.

Szkoda, fajne wiosenne popołudnie, a mocno trąciło jesienią.

Przed nami pierwszy, właściwie drugi, z najbardziej istotnych meczów sezonu. Ale o nim jeszcze napiszę.

PS. „Abło” i „Kurtu” brzmi co najmniej dziwnie, ale mimo wszystko nam miło :)

 

źródło:

KONKURS TYPERA

mkszaglebie.pl
Sprawdź swoje umiejętności i typuj z MKSZaglebie.pl. Wygrywaj nagrody!

DODAJ KOMENTARZ (NIEZALOGOWANY)

Możliwość dodawania komentarzy została wyłączona!
 

KOMENTARZE (0)