- Temat pojawił się w połowie listopada. Jadąc na trening odebrałem telefon od dyrektora sportowego Zagłębia, Piotra Burlikowskiego, który już kiedyś poznałem - bodajże w 2005 roku. Zapytał, czy chciałbym wrócić do klubu. Natychmiast odpowiedziałem, że oczywiście, bo przecież w Lubinie się wychowałem i cały czas jestem na bieżąco z wydarzeniami w Zagłębiu. Mam znajomych kibiców "Miedziowych" jeszcze z dziecięcych lat, więc nic ważnego nie przegapię. Obie strony były na "tak", byłem pozytywnie nastawiony. Trzy dni później na ligowy mecz St. Poelten przyjechał jeden ze skautów, żeby zobaczyć, w jakiej jestem formie, jak się poruszam i tak dalej. Po meczu wymieniliśmy parę zdań. Powiedziałem, jak ja to wszystko widzę i czego mogą ode mnie oczekiwać w Lubinie. Stwierdziłem wprost: "jeżeli potrzebujecie zawodnika, który złapie za fraki i potrzęsie tymi, co nie biegają i nic nie wnoszą do drużyny, a tylko wytwarzają negatywną energię, to jestem gotowy". Skaut odpowiedział: "nooo, widzę, jak cię tu słuchają w drużynie". Zagłębie szybko zadzwoniło i ustaliliśmy, że jak 10 grudnia będę w Lubinie, to się zobaczymy i porozmawiamy o szczegółach.
 
- Przyjechałem w terminie, spotkałem się z panem Burlikowskim i prezesem Dębickim. Na trzeci dzień spotkaliśmy się jeszcze raz, porozmawiałem też z trenerem Piotrem Stokowcem. Wszystko odbierałem pozytywnie, bo przebiegało w normalnych okolicznościach. Pamiętam, jak w 2008 roku spotkałem się z jednym z prezesów w... lesie za Osiekiem, gdzie sprzedawali kiełbaski z grilla. Każdy z Lubina wie, o co mi chodzi (śmiech). Co do Stokowca, zaimponował mi swoją filozofią prowadzenia drużyny. Wszyscy mnie chcieli, ja też chciałem być w Zagłębiu, zatem została jeszcze kwestia rozwiązania kontraktu z St. Poelten. Tylko wtedy mógłbym trafić do Lubina, taki był warunek. Najpierw zagadnąłem o to trenera. Miałem szczęście, bo dzień później miał lecieć na Malediwy i przez dłuższy czas byłby nieosiągalny. Dogadaliśmy się. Oczywiście nie był zadowolony, tracił przecież swojego kapitana. Zachował się jednak jak człowiek, zrozumiał moją chęć powrotu do Polski. Następny krok - prezydent klubu. Przebywał wtedy w szpitalu po operacji kolana, ale nawet tam odebrał telefon i zapewnił, że nie będzie robił problemów, tylko jeszcze muszę porozmawiać z dyrektorem generalnym, a on jest na urlopie w Dubaju i przyleci za tydzień. Poczekałem i 23 grudnia stałem się wolnym zawodnikiem. Natychmiast poinformowałem o fakcie pana Burlikowskiego i trenera Stokowca. Powiedzieliśmy sobie, że w styczniu widzimy się na pierwszym treningu w Lubinie.  27 grudnia dostałem maila od dyrektora i prezesa. Jak go przeczytałem, nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać. Nie chcę mówić o szczegółach, ale zrozumiałem, że byłem zbyt naiwnym człowiekiem i... zostałem bez pracy! Nic nie mówiłem żonie i córce, bo co miałem im powiedzieć? Że tata jest idiotą? Próbowałem patrzeć na to pozytywnie, że najwyraźniej musi być to jakiś znak, bo już nie pierwszy raz zostałem tak potraktowany przez Zagłębie.
 
- Dali mi do zrozumienia, że nie jestem jedynym zawodnikiem, którym się interesują i wcale nie zmuszali mnie do rozwiązania kontraktu... Te słowa były bardzo ważne i już wtedy wiedziałem, że nie chcę mieć nic wspólnego z tymi ludźmi.
 
Cały wywiad przeczytasz w 2x45.info <<PRZEJDŹ TUTAJ>>.
źródło:

KONKURS TYPERA

mkszaglebie.pl
Sprawdź swoje umiejętności i typuj z MKSZaglebie.pl. Wygrywaj nagrody!

DODAJ KOMENTARZ (NIEZALOGOWANY)

Możliwość dodawania komentarzy została wyłączona!
 

KOMENTARZE (0)