Wierzę, że całą rundę podsumujemy w redakcyjnym gronie przy innej okazji - dzisiaj tylko w skrócie. Zaczęło się fatalnie, od punktu w dwóch spotkaniach. Potem dość niespodziewany comeback z Jagiellonią rozpoczął passę dobrych zwycięstw i nieszczęśliwych remisów związanych z brakiem koncentracji. Niektórzy hurraoptymiści zaczęli się nawet zastanawiać, czy w tej niesamowitej lidze "Miedziowi" mogą powalczyć o coś więcej niż czołowa ósemka. Jednak piszę ten tekst 7 listopada, a Zagłębie nie wygrało już od 45 dni. Piotr Stokowiec w 7 spotkaniach jest 0-3-4, a mógł być nawet 0-0-7, gdyby chociażby Flavio Paixao grał lepiej w piłkę. Niewielką pociechą w obecnej dramatycznej sytuacji Miedziowych jest to, że przy odpowiednim układzie wyników możemy do 4. miejsca tracić tyle samo punktów, ile wynosi nasza przewaga nad 15. Tak jest, znajdujemy się w samym środku tego wielkiego bałaganu i wcale nie zanosi się na to, że święta będą w Lubinie spokojne. Spotkanie z Wisłą Kraków potwierdza tylko, że na razie trenerowi Stokowcowi i piłkarzom bliżej do rózgi niż do prezentu.
Powiedzieć, że Zagłębie Lubin zagrało w piątkowy wieczór słaby mecz to nie powiedzieć nic. Zapewne, drodzy czytelnicy, dosyć macie już tekstów, w których pisze się że w grze naszego klubu "momenty były". W piłkę nie gra się dla momentów, nie mamy w zespole ludzi pokroju Ronaldo, który mógł stać przez 89 minut w jednym miejscu żeby w 90. zdobyć decydującą bramkę. Jeśli próbujesz walczyć tylko momentami, to w chwilach przestoju dostajesz nokautujące ciosy. Talent zawsze przegra z determinacją jeśli nie będzie ciężko pracował. Poza optymistycznie nastrajającym początkiem Zagłębie nie zaprezentowało niczego, co mogłoby uargumentować ich zwycięstwo. Jeśli zespoły Jurgena Kloppa mają grać heavy metal, to "Miedziowi" w piątkowy wieczór przypominali kondukt pogrzebowy. Kazimierz Moskal na konferencji pomeczowej powiedział, że o tym meczu chciałby zapomnieć. Myślę że każdy związany z profesjonalną piłką nożną miałby na to ochotę, ale nie możemy sobie pozwolić na takie luksusy. Pora wyciągnąć smutne, ale niezbędne do odwrócenia tej fatalnej passy wnioski.
Mecz między Zagłębiem a Wisłą mógłby się skończyć w 32. minucie, kiedy piłkarze gospodarzy ustawiali piłkę na środku boiska po golu Boguskiego. W sposób prezentowany przez zawodników Piotra Stokowca można co najwyżej odrobić lekcje, a nie bramkę. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że brakuje determinacji, koncentracji i woli walki gdy wydarzenia boiskowe nie idą po myśli piłkarzy Zagłębia. Gdyby race pojawiły się na trybunach podczas pierwszej połowy można by odnieść wrażenie, że wraz z dymem unosił się w powietrze pomysł gospodarzy na odwrócenie losów tego spotkania. Czerwona kartka Konrada Forenca była tylko kolejnym gwoździem do trumny, bowiem patrząc na postawę beniaminka przez 14 minut od straconej bramki do wyrzucenia z boiska kapitana Zagłębia, ciężko było odnieść wrażenie, że nawet grając w 11 coś mogło się zmienić.
To drugie po meczu z Górnikiem Łęczna spotkanie, w którym podopieczni Piotra Stokowca zaczęli ofensywnie, kreując sobie szansę za szansą i poważnie zagrażając bramkarzom przeciwników. Zabrakło jednak skuteczności, a przecież bez bramek punktów zdobyć się nie da. Znowu zobaczyliśmy Zagłębie tracące wiarę w swoje rozwiązania, a mimo to próbujące ich z uporem maniaka. Definicją szaleństwa jest próbowanie wciąż tego samego i oczekiwanie innych rezultatów. Z 10 strzałów tylko dwa znalazły drogę w kierunku bramki Cierzniaka. W ostatnich pięciu kolejkach z 67 strzałów Zagłębia tylko 15 zmusiło bramkarza do interwencji bądź wpadło do siatki. Nie możemy sobie tłumaczyć tych problemów pechem, złymi decyzjami sędziów czy złą pogodą. Jeśli drużyna często zaczyna mecze dwoma napastnikami, gra szybko i zaczyna spotkania jakby od tych początków miał zależeć stan konta piłkarzy, to powinniśmy oczekiwać zdecydowanie lepszych rezultatów. Można przymknąć oko na jedno, w porywach dwa spotkania. Ale "Miedziowi" ostatni raz dobrze zagrali we wrześniu! Przebudzenie po kiepskim starcie do sezonu było napędzane współpracą między napastnikami oraz niemalże reprezentacyjną formą Krzysztofa Janusa. Dołożono do tego solidność Janoszki, przebudzenie Rakowskiego i Zagłębie było na fali. Dyspozycja naszego najlepszego letniego transferu szybko spadła, loty obniżyli także Krzysztof Piątek i Rakowski. Nie potrafię sobie przypomnieć ostatniego dobrego dośrodkowania Cotry. Mimo to Piotr Stokowiec wciąż próbuje wrócić na falę dobrych wyników sprawdzonymi rozwiązaniami - piłka na skrzydła i dośrodkowanie, albo długie podanie na walkę do któregoś z napastników i coś się potem wykombinuje. To tak jakbyśmy przy wspaniałym wietrze rozstawiali tylko jeden żagiel. Nie zobaczyliśmy jeszcze planu B, a za nami 15 kolejek! Po letnim okresie przygotowawczym można było się spodziewać, że dzięki kilku różnym ustawieniom w meczach o stawkę zobaczymy Zagłębie gotowe zaskakiwać przeciwnika swoją płynnością i mnogością rozwiązań. Tymczasem niezależnie od formacji schematy rozegrania piłki i dążenia do zdobycia bramki są niezmienne. Obecnie żeby powstrzymać lubinian nie trzeba się nawet starać, wystarczy wytrzymać 30 minut i patrzeć jak sami się wykańczają.
Po czerwonej kartce dla Konrada Forenca zobaczyliśmy lepsze momenty w wykonaniu Zagłębia, lecz w obronie było zdecydowanie za dużo luk. Stoperzy wychodzili wysoko, zostawiając mnóstwo miejsca za swoimi plecami, dzięki czemu kontrująca Wisła bawiła się w długie zagrania i pojedynki szybkościowe. Błyskawiczne kontrataki powodowały sporo chaosu w defensywnych poczynaniach "Miedziowych" i tylko nieprzekonującej drużynie gości można zawdzięczać tak niski wymiar kary. Gdyby do Lubina przyjechał w piątkowy wieczór Piast Gliwice czy Cracovia, skończyłoby się łomotem po którym ciężko byłoby się pozbierać. Oprócz błędu Forenca, który zdecydowanie lepiej już przemilczeć, największym winowajcą w defensywie był Lubomir Guldan. Słowak powoli wraca do swojej dyspozycji z sezonu spadkowego. W meczu z Wisłą zawalił przy wszystkich bramkach, dwukrotnie popełniając kardynalne błędy w ustawieniu, a przy ostatnim golu kompromitując się już do reszty. Brakuje mu zwrotności, nie podnosi głowy gdy wyprowadza akcję długim podaniem, a jeśli straci jeszcze ustawianie się to zabraknie argumentów za wystawianiem go w pierwszym składzie.
Zagłębie obecnie potrzebuje stabilizacji wyjściowego składu, zamiast kombinowania z różnymi ustawieniami i zawodnikami, skoro i tak ma to prowadzić do jedynego słusznego schematu. Zapomnijmy o stawianiu na młodzież, teraz będzie można się tłumaczyć tym że nie jest to odpowiedni moment. Argumenty typu "kiedy mają zdobywać doświadczenie jak nie w takich meczach?" nie będą do nikogo przemawiać i chociaż ja to wiem i wy, drodzy czytelnicy to wiecie, niewiele w tej materii się zmieni. Niech Vlasko otrzyma wreszcie poważną szansę. 90 minut na dziesiątce, w asyście skrzydłowych i dwóch napastników. Taki gracz jak on powinien wbiegać na wolne pole po zgraniu piłki przez Papadopulosa i Piątka, a nie walczyć w powietrzu. Zapomnijcie o asystach w liczbie dwucyfrowej, bo to się prawdopodobnie nie wydarzy. Vlasko to gracz kreujący w pierwszej mierze siebie, dzięki technice i niezłym warunkom fizycznym może sobie tworzyć sytuacje do oddania strzału, a dopiero potem szukać na boisku innych. Ale to nie problem, jeśli wreszcie znajdzie się dla niego odpowiednia rola na placu gry. Należy nadać Zagłębiu więcej równowagi - wymyślić schematy, które pozwolą na przegranie piłki przez środek boiska, na prostopadłe podanie do napastników bądź schodzących skrzydłowych. Nie mówię, że trzeba od razu grać tiki-taką, ale wymienić trochę więcej podań nawet w poprzek boiska. Szukać sobie miejsca, mobilnością tworzyć przewagę w wybranych strefach. To przecież banalne rozważania piłkarskie, jednak obserwacja gry Miedziowych pozwala myśleć że są to arkana czarnej magii i tezy znajdujące się w indeksie poleceń zakazanych.
Następny mecz czeka nas 19 listopada, kiedy to w Poznaniu przyjdzie Zagłębiu walczyć o awans do półfinału Pucharu Polski. To znakomity moment na pokazanie, że w miedziowej maszynie wszystkie tryby przeszły przegląd i będzie można znowu wrzucić trójkę, a potem czwórkę i piątkę. Jeśli nic się nie zmieni, coraz częściej trzeba będzie sprawdzać temperaturę na stołku Piotra Stokowca. Mimo nadchodzącej zimy może być ona dość wysoka. Na razie dajmy mu jednak pokazać że wie, jak wyjść z jesiennej depresji.
Michał Rygiel
Obserwuj autora na Twitterze