W pewnym momencie ten tekst może się wydać histeryczny. Przecież dywagujemy o bezbramkowym remisie (co w perspektywie porażki Termaliki jest zyskiem); przecież to kolejne 90 minut bez straty bramki.
Ale mecz z Pogonią zidentyfikował te błędy w grze Zagłębia, które trzeba starać się usuwać już teraz.
Długi rozruch
Długo piłkarze Piotra Stokowca nie potrafili narzucić swojej gry na boisku. Długo czekaliśmy na przeprowadzenie jakiejś składnej akcji. Niby kontrolowaliśmy grę, ale nie przekładało się to na stworzenie realnego zagrożenia pod bramką Andrzeja Witana. Dopiero pod koniec pierwszej połowy Łukasz Janoszka miał dwie świetne okazje, przy których zabrakło szczęścia, sprytu i zmysłu przewidywania. Te sytuacje plus „przegłówkowanie” bramki przez Adriana Błąda w drugiej połowie to jedyne zagrożenie, które idące do ekstraklasy Zagłębie sprawiło broniącej się przed spadkiem do drugiej ligi Pogonią Siedlce. Mało, za mało. Ale długi rozruch był spowodowany…
formą zawodników,
którzy kompletnie nie przypominali tych, których do tej pory oglądaliśmy. Absencja Aleskandara Todorovskiego wymusiła pewną reakcję łańcuchową: Jakub Tosik zajął jego miejsce, do składu wskoczył Sebastian Bonecki. I występ Boneckiego dał odpowiedź nam, a na pewno mnie, dlaczego w środku pola występował Jakub. Sebastian był zagubiony na boisku, a z racji faktu, że grał na newralgicznej pozycji, to z pewnością odbiło się to na całokształcie gry Zagłębia. Nie chcę przez to powiedzieć, że brak bramek spada na barki Boneckiego, tylko z pewnością jego słaba forma wpłynęła na to, że gra wyglądała tak, jak wyglądała.
Można spokojnie wymieniać dalej. Olek Kwiek również szukał swojego miejsca na boisku, próbował rozrzucać piłki, ale zazwyczaj miały zbyt dużą moc, aby dotarły do partnera. W grze bocznych obrońców nie brakowało chęci do gry ofensywnej, ale zabrakło piłkarskiej jakości, Krzysiek Piątek walczył i biegał, biegał i walczył, ale u niego również zabrakło konkretów. Miłosza Przybeckiego zawstydził Maciej Dąbrowski, który dośrodkował raz, ale tak, że Łukasz Janoszka mógł strzelić bramkę. Zresztą decyzja trenera Stokowca o ściągnięciu „Miłego” jest wystarczającą oceną jego występu. Arek Woźniak nie zagrał dużo lepiej, ale jego powrót do gry nastraja optymizmem. Błąd mógł strzelić bramkę, ale nie dał asumptu do lepszej gry, rekonwalescent Papadopulos też nie poprawił gry Zagłębia.
Tak naprawdę z tego jeziora marazmu należy wyłowić przede wszystkim wspomnianego Dąbrowskiego, który był gwarantem spokoju w defensywie. Skutki jego odejścia do ataku pod koniec meczu mogły być opłakane. Kolejny raz napiszę, że jego postać to brakujący element układanki, a wypożyczenie powinno skończyć się podpisaniem permanentnego kontraktu.
Ten mały bilans niedzielnych 90 minut jest antytezą tego, co staram się głosić od początku tej rundy. O ciągłości dobrych występów. O potwierdzaniu dobry meczów przeciągnięciem postawy na mecz następny. Jeśli nauczymy się tego teraz, w I lidze, to na pewno zaprocentuje to w T-Mobile Ekstraklasie. Po trzech meczach niezłych trafił się jeden felerny, taki przysłowiowy piasek w trybach, które pchają Zagłębie do awansu. Ścisk w tabeli powoduje nerwowość, dlatego tym bardziej szkoda takich meczów. Zwłaszcza meczów u siebie.
Stałe fragmenty gry
Wykonaliśmy 13 rzutów rożnych. Dużo. A przełożyły się one na dwa czy trzy wybicia Witana, jeden słupek bezpośredni. I nic więcej.
Nie rozumiem ciągłego kłębienia się zawodników w polu pięciu metrów. Nie rozumiem ciągłych prób krótkiego rozgrywania rzutów rożnych (sytuacja z pierwszej połowy Cotra – Kwiek!) Jeśli nie idzie gra normalna, to trzeba strzelać przy użyciu tego elementu. Jako Zagłębie wiemy o tym najlepiej, bo większość rywali używała głównie tej broni, aby nas pokąsać. Mamy piłkarzy, którzy przecież potrafią dokopać ze stojącej piłki (Kwiek, Cotra), mamy graczy o słusznych warunkach fizycznych (Guldan, Dąbrowski). To duży kapitał. Nie oczekuję, że nasi stoperzy zamienią się w goleadorów, jak nie przymierzając Diego Godin i Miranda, ale zdecydowanie za rzadko wykorzystujemy tę broń.
2571
Wiadomo. Pogoda, godzina, transmisja w Orange Sport. A tak naprawdę trochę żenada.
Mogę zrekapitulować, że tekst może się wydać nieco na wyrost. Że nic się nie stało, że to wypadek przy pracy. Ale awansu ani nie przegramy, ani nie wygramy jednym meczem. Dlatego trzeba się odkuć już w najbliższej kolejce.
A taktykę lekceważenia rywala należy stosować po strzeleniu mu co najmniej dwóch bramek. Bo chcemy Zagłębia ekstraklasowego, a nie z ekstraklasy.
Bartosz Jan Marchewka
Obserwuj autora na Twitterze.