Zupełnie nieprawdopodobnie, że na horyzoncie nędznego sezonu pojawiła się szansa na ratunek. Na zachowanie twarzy. Na zachowanie honoru. Na przetarcie tych wszystkich rozczarowań, których zaznaliśmy. Na Puchar. Grzechem niewybaczalnym jest z tej szansy nie skorzystać.
Od samego początku rundy wiosennej, w dyskusji o transferach, czy też zapowiedziach i podsumowaniach przemycałem wątek Pucharu Polski. Bo w gruncie rzeczy to jest nasz tegoroczny priorytet. Sytuacja, jaka wykluła się w pucharze zmusza nas i piłkarzy, do postawienia sobie najważniejszego celu, jakim jest przynajmniej zagranie meczu finałowego na Narodowym 2 maja.
Prosta droga
Zazwyczaj kibic Zagłębia przestawał interesować się rozgrywkami Pucharu Polskim w okresie sierpniowo – wrześniowym. Zazwyczaj porażki we wstępnych fazach wpisywały się katastroficzny obraz klasycznego, jesiennego Zagłębia, które przegrywało prawie wszystko i prawie wszędzie (wyłączając poprzednią kampanię pucharową, w której również dotarliśmy do ćwierćfinału). Wtedy za mocny był Ruch. Teraz nie możemy pod uwagę brać scenariusza, że za mocna będzie Sandecja.
Ktoś oczywiście zgłosi się z tezą, że nie mamy wcale pewnego utrzymania, a tu nagle gra na dwa fronty i wszystkie siły trzeba rzucić na ligę. Tak, tylko rzeczywistość jest prosta: w lidze o utrzymanie walczymy z takimi „potęgami” jak Podbeskidzie i Widzew. Kurtuazja wymagałaby nie obierania rywalom szans, ale jesteśmy na portalu, gdzie kurtuazja wymagana nie jest. Podbeskidzie i Widzew spadną przez siłę kadr, przez splecione na prędce organizmy, które walki o ligowy byt nie wytrzymają. My możemy wpuścić do gry jeszcze trochę świeżości (dużo sobie obiecuję po Bertilssonie), trener Lenczyk jest zbyt doświadczony, by nie wiedzieć co w takich sytuacjach trzeba czynić; ewentualnie szefostwo poruszy umysły piłkarzy „zasłużoną” premią za utrzymanie.
A my musimy być chciwi. I jeśli tylko pojawia się szansa, na pozyskanie trofeum, to musimy go żądać. Zwłaszcza teraz, gdy na naszej drodze stoją Sandecja, Arka/Miedź. W ogóle nastąpiło jakieś niewiarygodne sprzężenie dziwnych wypadków, gdzie zespoły ekstraklasowe odpadały jeden po drugim. Dość powiedzieć, że w naszej części drabinki w tej fazie rozgrywek jesteśmy jedynym reprezentującym honor T - Mobile Ekstraklasy na poziomie ćwierćfinału rodzynkiem.
Czas na krok pierwszy. Sandecja u siebie.
Solidny pierwszoligowiec
Nie grozi im spadek, nie grozi im awans. Po ostatniej kolejce mają 11 punktów straty do liderującego Górnika Łęczna oraz 16 punktów przewagi nad ostatnim Okocimskim Brzesko.
Pewnie wielu z was oglądało z ciekawości mecz piątkowy, gdzie gościli u siebie GKS Katowice. Katowiczanie byli wyraźnie lepsi: lepiej operowali piłką, zmusili Cabaja do kilku interwencji, przynajmniej w pierwszej połowie. Każdy, kto grał kiedyś w FM, czy CM wie, jak się czuł Moskal. Twój zespół gra nieźle, dominuje, strzela itp., a tutaj taki Grzeszczyk i nici z trzech punktów… Na pewno wygrana Sandecji nie była wypadkową dobrej gry, raczej pewnej indolencji graczy GKS-u.
Śledząc skład Sandecji trudno się potknąć o wielkie, znane nazwiska. To raczej zgrupowanie solidnych pierwszoligowców. Z całej drużyny najwięcej spotkań na najwyższym szczeblu rozgrywek ma oczywiście Cabaj (162), drugi jest Słowak Matej Nather (28). I takimi graczami głównie stoi Sandecja – tymi, którzy nie mieścili się w zespołach T –Mobile Ekstraklasy. W zimowym okienku pozyskali takich graczy jak: Mateusz Bartków (starsi kibice go znają, trafił z Polkowic), Rudolf Urban (powrócił do Nowego Sącza po próbach podbicia Gliwic i Bielska). Interesujący mógłby się wydawać Pablo Gomez, (były gracz rezerw barcelonobójcy Realu Valladolid, poprzedni klub to UD Salamanca, ale po karnej relegacji w czerwcu klub rozwiązano), gdyby nie fakt, że nie zaliczył testów w Warcie Poznań.
Tak naprawdę to poza Cabajem, który zazwyczaj budził raczej politowanie niż podziw oraz wspomnianym Grzeszczykiem trudno wskazać groźne strony drużyny. Po „lekturze” piątkowego meczu to gdybym miał wymienić zalety Sandecji, na pierwszym miejscu stawiam zdecydowanie kolektyw. Z reguły tak jest, że drużyny bez gwiazd są mocne zespoleniem, zazębieniem formacji. I choć jesteśmy zdecydowanym faworytem, to mimo wszystko mam pewne obawy.
Symulacja
Sandecja mówiąc kolokwialnie „zamuruje”. Przyjedzie do Lubina, żeby stracić jak najmniej bramek. Postawią słynny „mourinhowy” autobus na 30 – 40 metrze i oddadzą nam piłkę. Przypuszczam, że nie będą się silić specjalnie na jakieś kontry, ale oczywiście uwaga musi być zachowana.
Najgorsze jest to, że zostaniemy zmuszeni do ataku pozycyjnego, którego nikt w Polsce… pisałem o tym milion razy. Gdzie widzę nasze szanse? Przy takiej grze Sandecji kluczowe będą stałe fragmenty gry; kluczowe będzie zachowanie zimnej krwi przez napastników, bo mogą mieć jedną sytuację. Warto też „ogarnąć” strzały z dystansu.
Kluczem do rozmontowania defensywy Sandecji będzie szybkość wykonywanych ruchów, a także odpowiedzialność za piłkę. Nie możemy sobie pozwolić na choćby chwilę dekoncentracji, zwłaszcza w początkowych momentach meczu.
Jesteśmy w niecodziennej sytuacji. Dawno nie byliśmy murowanym faworytem jakiegoś spotkania.
Widzimy się na stadionie!
Puchar jest nasz…
Notka informacyjna
Miejski Klub Sportowy "Sandecja" w Nowym Sączu
Rok założenia: 1910
Barwy: biało-czarne
Adres: Kilińskiego 47, 33-300 Nowy Sącz
telefon: (18) 442-18-04
Strona internetowa: http://www.sandecja.com.pl (oficj.)
Stadion: im. Ojca Władysława Augustynka
pojemność - 5 000 miejsc (3 000 siedzących) / oświetlenie - 1600 lx
Prezes: Andrzej Danek
Trener: Ryszard Kuźma
PS. Jak podpowiada strona Sandecji, graliśmy już ze sobą w rozgrywkach PP. W 2000 roku w 1/16 finału w Nowym Sączu wygraliśmy 2:1 po bramkach Jerzego Podbrożnego i Grzegorza Lewandowskiego.