Zanim zacznę oceniać, to muszę się zająć zachowaniem przy „setce” Sebastiana Boneckiego. Jak to jest możliwe, że mając: bramkarza przed sobą, bramkę przed sobą, a obrońcę za sobą (co było kluczowe przy tej akcji), zdecydował się on lobować, zamiast po prostu pierdolnąć? Czy miał Bledzewskiego za blisko, żeby jakiś inny manewr wykonać? Nie jestem w stanie z migawek z meczu zbudować jakiejś normalnej odpowiedzi.
*********************************************************************************************************************************************
Czy zabrakło determinacji? To piłkarska wartość trudno zmierzalna. Czy gdybyśmy mieli 22 żółte kartki, odesłalibyśmy na ławkę kilku kontuzjowanych kilku zawodników Miedzi to my, kibice, stwierdzilibyśmy ową determinację? Miedź popełniła 16 fauli, o trzy więcej niż my. Była bardziej zaangażowana i bardziej im zależało na zwycięstwie?
Nie ma na to pytanie poprawnej odpowiedzi. Ja to widzę tak, że oba zespoły przystąpiły do tego meczu w pełni świadome ciężaru, jaki on niesie. Różnica polegała na tym, że determinacja Zagłębia wpłynęła na nie zamrażająco, zupełnie pozbawiając pomysłu. Kiedyś, chyba przy okazji meczu z Dolcanem, grę Zagłębia porównałem do partii rządzącej, że jest bezideowa. I tak było, przynajmniej w pierwszej połowie. Przyjęcie Miedzi na własnej połowie i … co dalej? Piłka na skrzydło? Niedokładnie. Rozegranie przez środek pola? Umiejętnie zakładany pressing przez rywali skutecznie to uniemożliwiał. W dodatku konstruowanie ataku pozycyjnego rozpoczynając od Konrada Forenca, przez stoperów, które jest kręceniem na siebie bicza. Rozumiem, że trener Stokowiec próbuje odwieźć piłkarzy od bezsensownego wysyłania futbolówki tzw. „dzidą”, ale do tego rodzaju rozegrania jest potrzebny automatyzm w ruchach linii pomocy i ataku, aby szybko przedostać się pod strefę zagrożenia przeciwnika. Jednym słowem, na „stojaka” to sobie piłka w trójkącie Kubicki – Guldan – Forenc może krążyć w nieskończoność, a nie raz w tym sezonie takie sytuację przyprawiały o ból czoła po klepnięciu w nie ręką.
Natomiast w Miedzi derbowa rywalizacja wyzwoliła determinację, która uzbroiła ich w pewność siebie. W niedzielę to Miedź grała lepszą piłkę. Nie było to oczywiście futbolowy kunszt, ale gra z pełną świadomością celu. Arytmia (czyli raz skrzydłami, raz środkiem), odpowiednie podwajanie pozycji (często Dorde Cotra i Paweł Oleksy musieli się zmagać zarówno z bocznym obrońcą i pomocnikiem), łapanie tzw. drugich piłek (pamiętacie dwa rzuty rożne przy końcu pierwszej połowy? To Marcin Garuch miał piłkę przy nodze przy wypluciu jej z pola karnego), a przede wszystkim dosyć łatwe gaszenie naszych akcji ofensywnych. Poza jednym strzałem Arka Woźniaka w pierwszej połowie, właściwie niczym Miedzi nie zaszkodziliśmy. W drugiej szybko strzelili bramkę i mogli sobie budować swoją grę w stylu stricte romskim romańskim, czyli masywnie, o grubych murach, o obronnym charakterze.
Nasza postawa szła ku lepszemu mozolnie. Nie pomogła ławka, poza Krzyśkiem Piątkiem, który starał się rozszarpać obronę rywali na bokach, robiąc jednocześnie miejsce dla wbiegającego Aleksandra Kwieka. Poza tym, to on właśnie, obok Boneckiego, miał najlepszą sytuację do strzelenia bramki. Przyspawany na środku ataku Michal Papadopulos co prawda wygrywał pojedynki główkowe, ale nie przynosiło to żadnego rezultatu.
Zawiedli niewątpliwie liderzy. Ani Adrian Błąd, ani wspomniany Arkadiusz Woźniak, ani Olek Kwiek nie dali niezbędnego asumptu, gdy nie kleiła się gra. Żaden jakąś indywidualną akcją czy też niekonwencjonalnym zagraniem nie porwał drużyny. Nie pomogły też ciągłe roszady, na pozycji prawego obrońcy zagrało w sumie trzech zawodników: Oleksy, Woźniak i Tosik. I to jest chyba najbardziej newralgiczna pozycja w „11”, która wymaga zabezpieczenia. Musimy przetrzymać do końca rundy z kimkolwiek na prawej obronie, natomiast Paweł Stolarski musi zimą otrzymać solidnego rywala.
*********************************************************************************************************************************************
11 meczów bez porażki, to wyczyn, który musimy brać pod uwagę. O tym, że w tej rozchybotanej lidze to niemałe osiągnięcie, sami możemy poświadczyć. Ledwie przecież dwa tygodnie temu rozprawiliśmy się z Arką 4:0, by później ograć łatwo Widzew na wyjeździe. A w meczu z Miedzią widzieliśmy jeden z najsłabszych meczów Zagłębia w tym sezonie. Trzeba wierzyć, że to tylko chwilowy brak formy, że piłkarze na sportowej złości pojadą do Niecieczy, aby odbić sobie to niepowodzenie. Bo jakkolwiek pojedynek z Miedzią nie jest prestiżowy, to główni rywale do awansu stacjonują obecnie w Płocku, Grudziądzu i właśnie w Niecieczy. Zatem zanim przystąpimy do rozliczenia Zagłębia po tym meczu, pamiętajmy jaki jest główny cel tej kampanii.
Ten mecz winien być częściej oglądany i analizowany przez sztab trenerski, niż te zwycięskie potyczki (podobnie jak „come back” w Grudziądzu). Ale przede wszystkim piłkarze muszą tę porażkę przyjąć jako bardzo zimny prysznic, jako bardzo mocny liść „na odmułę”. Długi był czas, aby się przystosować, że tej ligi nie weźmiemy z marszu, że trzeba będzie ją wybiegać i wypocić.
Bartosz J. Marchewka