Najważniejszy okazał się upór
„Miedziowi” rozpoczęli mecz z wyjątkowo mocno ofensywnym nastawieniem. Już przy okazji pierwszej akcji blisko zdobycia gola był Mateusz Grzybek, czyli bardzo podobna sytuacja jak w derbach sprzed dwóch lat, tyle że tym razem bramkarz okazał się lepszy. Sporo akcji kombinacyjnych, sporo rożnych, z których nic nie wynikało, a z każdą mijającą minutą gospodarze zwalniali narzucone tempo. Niestety statyczne prawidłowości nie znalazły tutaj ujścia i to Śląsk na 10 minut przed końcem pierwszej połowy wyszli na prowadzenie.
Podopieczni Leszka Ojrzyńskiego po przerwie postanowili nie odpuszczać. Zagłębie jak nigdy rozdawało karty, co potwierdza przeważający procent posiadania piłki (62% Zagłębie, 38% Śląsk). Grający bez wyraźnie zarysowanego pomysłu Śląsk musiał w końcu ustąpić, dzięki czemu trzy punkty zostały w Lubinie. Jest to kwestia, która cieszy, ponieważ w zeszłym sezonie Zagłębie nie słynęło z odrabiania wyników - w zeszłym sezonie zdarzyło się to tylko trzykrotnie: z Widzewem (2:1 u siebie), Koroną (2:1 na wyjeździe) oraz z Piastem Gliwice (3:1 na wyjeździe). Ze względu na założoną odgórną koncepcję pt. strzelić i nie stracić, jeżeli już lubinianie wygrywali to właśnie trafiając jako pierwsi. Derby rządzą się jednak swoimi prawami i dlatego najważniejsza była wola walki do samego końca.
Stare schematy
Odchodząc od otoczki wojewódzkiego piłkarskiego widowiska trzeba powiedzieć sobie wprost, że nie był to pokaz najwyższej klasy piłkarskiego rzemiosła. Śląsk przez lwią część spotkania, może poza końcówką, był schowany za podwójną gardą, a Zagłębie nie umiało tego dobrze wykorzystać. Wydaje się to nieco absurdalne, że nawet przy tak słabej dyspozycji rywala po raz kolejny kluczowe okazały się stałe fragmenty gry. Najpierw po rzucie rożnym, z okolic 20 metra do siatki trafił Josip Ćorluka, a potem po szybkiej kontrze i szybkiej akcji z rzutu z autu na prowadzenie wyprowadził zespół Levente Szabó.
Na to zjawisko można spojrzeć z dwóch stron. Z jednej można się cieszyć, że po falstarcie Zagłębie zdołało zachować kontrolę nad meczem i schematyczna gra w niskim pressingu zdała egzamin, niwelując tym samym mierne próby przyjezdnych. Z drugiej strony w pierwszej połowie wyraźnie było widać, że Zagłębie próbowało grać inaczej. Ustawiony wysoko Sebastian Kerk starał się podłączać i kreować akcje, robiąc tym samym miejsce wysoko ustawionemu Marcelowi Regule oraz Filipowi Szymczakowi. Brakowało w tym wszystkim sznytu jakieś większej finezji, stąd strzały okazywały się niecelne, a podania niejednokrotnie przesadzone, bądź spóźnione. Zjawiskowo grającego piłką Zagłębia będzie czymś co bez wątpienia będzie częściej omawiane, bo widać że trener Ojrzyński stara się coś w tym kontekście zmienić.
Słońce i zbyt duża pewność siebie
Na koniec zostało omówić błędy indywidualne, których w tej potyczce było sporo. Najważniejszy, który skutkował golem był konsekwencją sporego rozluźnienia szyków po solidnym początku. Próba podania Mateusza Grzybka była mocno spóźniona, a widzący to Malaly Dembélé niedługo myślący po prostu uprzedził jego intencje. Później wraz z Piotrem Samiec-Talarem zabawili się z obroną Zagłębia, wyprowadzając przed strzałem kilka podań.
Później co najważniejsze takie ekscesy się nie powtórzyły, przy czym chyba najdziwniejszą laurką tego meczu były podania do rywala. Nie były to piłki niedokładne, tylko dosłownie mierzone, grane do najbliższego w okolicach drugiej tercji. Często w taki sposób rozgrywał Igor Orlikowski i tu trzeba zadać sobie pytanie o ile był to brak przysłowiowego rozgarnięcia, a o ile przeszkadzało prażące słońce, które ze względu na czas rozgrywania meczu było tuż nad trybunami. Czas reakcji piłkarzy na wyprowadzenie podania w zawodowym futbolu to niejednokrotnie kwestia sekundy, a nawet i mniej, stąd takie detale - jakby to oderwanie nie brzmiało - mogą mieć wpływ na takie, a nie inne decyzje boiskowe.