Puszcza nie odpuszcza, jeżeli chodzi o walkę o utrzymanie. Przed sezonem często skazywano was na pożarcie. Tymczasem na chwilę obecną wydaje się, że spośród beniaminków, to właśnie wam może udać się nawiązać realną walkę o zachowanie ligowego bytu.
- Przyzwyczailiśmy się już do statusu, że niezależnie, w której lidze gramy, jesteśmy upatrywani jako kandydat do spadku. Myślę, że jest to związane z wielkością miasta, z którego pochodzimy. My się na to nie obrażamy. Na stulecie klubu po raz pierwszy udało nam się awansować do elity. Dla wszystkich była to niewiadoma. Pozostaliśmy jednak wierni sposobowi działania, który przyniósł nam sukcesy w poprzednich latach. Po dwóch pierwszych meczach, kiedy przegraliśmy z Widzewem i Jagiellonią, musieliśmy nieco zmienić naszą grę. Trzeba też pamiętać, że my tak naprawdę cały sezon gramy na wyjazdach. Naszym dużym atutem były w poprzednich latach mecze w Niepołomicach. Myślę, że dużo klubów miałoby problem, grając na naszym kameralnym obiekcie. Na pewno dużo dała nam końcówka rundy jesiennej, kiedy w czterech meczach zdobyliśmy dziesięć punktów. Początek na wiosnę mamy trudny, ponieważ przegraliśmy ze Stalą Mielec, tracąc bramkę w doliczonym czasie gry. Z Łazienkowskiej przed tygodniem wywieźliśmy punkt, choć z przebiegu meczu mogliśmy wygrać. Trochę nam jeszcze brakuje, żeby dowozić te korzystne rezultaty.
Abstrahując od kwestii logistycznych, uważa pan, że grając w Niepołomicach, bylibyście w stanie napsuć jeszcze więcej krwi rywalom? Do tej pory lwią część punktów zdobyliście w meczach rozgrywanych przed własną publicznością w Krakowie.
- Uważam, że tak. Dużo tracimy na tym, że nie gramy w Niepołomicach, aczkolwiek i tak bardzo dobrze punktujemy w spotkaniach rozgrywanych w Krakowie. W każdym razie taki handicap na pewno ułatwiłby nam nieraz zadanie.
Obawiał się pan tego, że możecie podzielić los ŁKS-u i kompletnie nie podołać warunkom na najwyższym szczeblu rozgrywkowym?
- Nie będę czarował, że nasz awans był przed sezonem zakładany. Po cichu liczyliśmy, że może uda nam się powalczyć o baraże. Z dużym podekscytowaniem podchodziliśmy do tego sezonu. Z każdym kolejnym tygodniem nabieramy coraz więcej doświadczenia. Po dwóch pierwszych meczach byliśmy jedyną drużyną, która miała zero punktów. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie przyszły wtedy wątpliwości, czy aby na pewno podołamy w ekstraklasie. Trener Tułacz jest u nas długo, ale też wcześniej nie miał okazji pracować na tym poziomie. To samo można powiedzieć o piłkarzach. Część z nich miała epizody, kiedy występowali na ekstraklasowych boiskach, natomiast raczej nie byli wiodącymi postaciami w innych klubach. Każdy chce się utrzymać, jak już jest w elicie, ale my wszystko możemy, a nic nie musimy. Myślę, że to na naszych rywalach spoczywa większa presja.
Niejednokrotnie w różnych wywiadach mówił pan o przeskoku zarówno sportowym, jak i organizacyjnym. Jest coś, co zaskoczyło pana w zarządzaniu klubem już po awansie?
- Gdybym miał po tych kilku miesiącach powiedzieć, to na pewno większe jest zainteresowanie. Mam na myśli media, sponsorów, partnerów i różne podmioty z otoczenia klubu. Jest też zdecydowanie mniejszy margines błędu. Nie da się być klubem w cudzysłowie anonimowym. Każda decyzja jest szeroko komentowana.
W PKO BP Ekstraklasie rosną koszty, niemniej jednak przychody do klubu i wszelkie wskaźniki marketingowe również są znacznie wyższe.
- Mówi się, że drugi sezon po awansie jest dla beniaminków trudniejszy. Ja to rozumiem, bo dochodzą wtedy inne drużyny, wobec których są mniejsze oczekiwania. Uważam przy tym, że my jesteśmy w trochę innej sytuacji, bowiem nie mamy żadnej historii w tej klasie rozgrywkowej. W pewnym momencie, kiedy walczyliśmy o awans, musieliśmy podpisać pewne zobowiązania z zawodnikami. Siłą rzeczy piłkarze, którzy obecnie do nas trafiają, oczekują większych wynagrodzeń. Konieczność rozgrywania spotkań na obiekcie Cracovii, pomimo że mamy tam świetne warunki, jest dla nas dużym wydatkiem. To wszystko powoduje, że nie mamy jeszcze instrumentów, aby zbudować zespół tak, jak byśmy tego w pełni oczekiwali. Byliśmy też jedyną drużyną, która w trakcie zimowego okresu przygotowawczego pozostała w Polsce. To nie było tak, że nie chcieliśmy polecieć na obóz. Kwota, jaka wyniosłaby nas, znacznie przewyższała budżet, który moglibyśmy na takie przedsięwzięcie przeznaczyć. Proszę wziąć pod uwagę, że jeżeli wszyscy przed sezonem twierdzili, że jesteśmy kompletnym outsiderem i na pewno będziemy pierwszym spadkowiczem, to to też nie przyciągało potencjalnych kontrahentów. Nie wyglądało to tak, że po awansie sponsorzy walili drzwiami i oknami, żeby promować swoją markę przy Puszczy Niepołomice.
Sądzi pan w takim razie, że takie postrzeganie Puszczy było trochę niesprawiedliwe?
- Nie. Wydaje mi się, że to było obiektywne. Mamy najmniejszy budżet, jesteśmy dość nieoczekiwanym beniaminkiem, nie gramy na swoim stadionie. Nie wiadomo, jak ta kampania się dla nas zakończy. Ja wierzę, że zdołamy się utrzymać, ale nie dziwie się, że jesteśmy postrzegani w taki sposób. Na pewno rozmowy z partnerami biznesowymi toczyły się przez to wolniej, a stawki, które wynegocjowaliśmy, są niższe.
Często mówi pan o wzajemnym zaufaniu z Tomaszem Tułaczem, które wypracowaliście przez lata. Nie ma pan jednak z tyłu głowy obaw, że lada chwila może być on naprawdę rozchwytywany? Jednym z największych fundamentów Puszczy niewątpliwie jest właśnie ta długofalowa współpraca z trenerem.
- Myślę, że podobnie jest z piłkarzami, którzy tworzą trzon naszego zespołu. Musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Na tym polega świadome zarządzanie klubem. Trener bardzo dobrze czuje się w Niepołomicach, lecz każdy może otrzymać ofertę z gatunku nie do odrzucenia. Świetnie nam się razem pracuje i trzymam kciuki za trenera, ale też prawdę mówiąc, zastanawiałem się kiedyś, jak by sobie poradził w innym miejscu. Uważam, że jest to fachowiec, którego stać na to, żeby walczyć w Polsce o wyższe cele niż utrzymanie w ekstraklasie.
W przeciwieństwie do innych beniaminków zimowe okienko transferowym było w waszym wykonaniu dosyć spokojne. Ciekawy jest też jego finisz, bowiem sięgnęliście po koreańskiego pomocnika. Ten kierunek wśród polskich klubów jest dość niepopularny.
- Wiedzieliśmy, gdzie mamy braki. Marcel Pięczek zakomunikował nam wcześniej, że zamierza kontynuować karierę w Koronie Kielce. Nasz sposób gry preferuje szybkich zawodników, którzy mogą występować zarówno na „dziewiątce”, jak i na skrzydle, stąd wybór padł na Macieja Firleja. To był jeden z naszych priorytetów, gdyż Muris Mesanović nie odnalazł się w naszym sposobie gry. Myślę, że Maciek Firlej to podobny profil zawodnika do Artura Siemaszki. Z Thiago sytuacja wyglądała tak, że dużo wcześniej rozmawialiśmy z Cracovią i wiedzieliśmy, że „Pasy” nie będą przedłużać umowy z Brazylijczykiem. On był u nas wiosną poprzedniego roku, w kilku meczach pokazał się z niezłej strony i ma coś do udowodnienia. Jeżeli chodzi o Ioana-Calina Revenco, to nie ukrywam, że w Polsce jest bardzo trudno znaleźć zimą zawodników, którzy szybko zaczną stanowić o sile drużyny. Nie da się nie szukać opcji na rynku zagranicznym. Artur Craciun świetnie się u nas zaaklimatyzował. Mołdawski kierunek w naszym akurat przypadku okazał się być trafiony, dlatego spróbowaliśmy po raz drugi. Rozmawialiśmy także właśnie z Arturem, aby wyraził swoje zdanie, kogo z kolegów z reprezentacji mógłby polecić. W przypadku naszej nowej koreańskie nadziei, to sytuacja wyglądał tak, że Lee Jin-hyun bardzo chciał zagrać w Europie. Jeszcze jesienią szukaliśmy kreatywnej „dziesiątki”. Wówczas byliśmy blisko podpisania kontraktu z jednym graczem, ale w ostatniej chwili przebił nas inny klub. Mieliśmy na tej pozycji deficyty. Najwięcej meczów rozegrał tam w poprzedniej rundzie Wojciech Hajda, który nie jest nominalnym ofensywnym pomocnikiem. Transfer Jin-hyuna nie jest obarczony dużym ryzykiem finansowym, a przy tym myślę, że obie strony są bardzo zdeterminowane, aby sobie pomóc.
A nie uważa pan, że zima może nie być odpowiednim momentem na tak egzotyczne ruchy? Pytam w kontekście aklimatyzacji, ponieważ do Niepołomic trafia gracz z drugiego końca globu.
- To zawsze jest ryzyko. Czasem sytuacja wygląda tak, że do wyboru jest 27-letni zawodnik, który jest małą niewiadomą, a inną opcją jest 30-kilkuletni piłkarz, o którym powiedzieć można więcej, jest zweryfikowany przez rynek, ale jego potencjał na przyszłość jest mniejszy. Gdybyśmy połączyli cechy takich dwóch graczy, to wówczas rozmawiamy o zawodniku, któremu trzeba zaproponować zdecydowanie wyższe apanaże. To wszystko trzeba wypośrodkować i wybrać to, co w danym momencie jest najlepszą opcją, biorąc pod uwagę finanse, jakimi operujemy.
Zakładając scenariusz, w którym Puszczy jednak nie uda się zapewnić utrzymania. Przy takim obrocie spraw będziecie traktowali ekstraklasę jako jednorazowy wyskok? Zdaję sobie sprawę, że dla pana może być to lekko kurtuazyjne pytanie, niemniej jednak możliwości Puszczy Niepołomice, nie ma się co oszukiwać, odbiegają nieco od ligowych realiów.
- Nie myślę o tym, co się wydarzy. Powiem panu, że patrząc na to, jakie kluby grają obecnie na zapleczu, nie jestem w stanie wskazać, wokół których lokat byśmy się kręcili, występując tam. Klub istnieje sto lat i ewentualny spadek nie spowoduje większych perturbacji. Największą różnica, jaką zauważyłem w ostatnich miesiącach, jest to, że zaczęliśmy grać trochę inaczej. Zimą, kiedy w trakcie przygotowań mierzyliśmy się z zespołami z 1. ligi, dało się zauważyć element doświadczenia. Nie wiem do końca, jak to określić, ale nauczyliśmy się rywalizować z drużynami, które prezentują wyższą kulturę gry, szybciej operują futbolówką. Zimowe sparingi z Odrą Opole oraz Termaliką pokazują, że piłkarze zrobili duży postęp. Myślę, że dopiero w połowie maja będziemy mądrzejsi o wiedzę, w którą stronę podąży Puszcza Niepołomice. Na razie mamy do rozgrania jeszcze kilkanaście spotkań i na tym się skupiamy.