Dużym sukcesem ŁKS-u wydawał się być już sam awans wywalczony w poprzednim sezonie. Przede wszystkim biorąc pod uwagę zasoby ludzkie, którymi dysponował Kazimierz Moskal. Trener, o którym można powiedzieć, że stał się ofiarą własnego sukcesu.
- Kazimierz Moskal obejmował ŁKS na początku sezonu, który miał być przejściowy. Dołączał on do klubu po sezonie 2021/22, w którym zajęliśmy 10. miejsce. Byliśmy wtedy chyba w największym kryzysie, odkąd Tomasz Salski jest sternikiem Łódzkiego Klubu Sportowego. Patrząc na ówczesną sytuację, bez wątpienia Kazimierz Moskal wykręcił wynik grubo ponad stan. Gdybyśmy na przykład zajęli 3. lokatę i przegrali w barażach lub na przykład uplasowali się na 7. pozycji, to podejrzewam, że trener Moskal w dalszym ciągu pracowałby w ŁKS-ie. Rozumiem głosy, że padł on ofiarą własnego sukcesu, natomiast z drugiej strony pamiętam też nasz poprzedni awans, kiedy trener Moskal został zwolniony dopiero, kiedy w zasadzie było już przesądzone, że spadniemy z ligi. Wydaje mi się, że władze ŁKS-u mogły się też zainspirować innymi klubami. Leszek Ojrzyński został zastąpiony przez Kamila Kuzerę w Koronie i ta zmiana okazała się być trafiona, w Warcie po zwolnieniu Piotra Tworka postawiono na Dawida Szulczka i ten projekt także do tej pory zmierza w odpowiednim kierunku. Wiadomo, że są to po części dowody anegdotyczne, ale mimo wszystko jest nadzieja, że taka decyzja może przynieść korzyści.
Misję ratunkową powierzono Piotrowi Stokowcowi. Sprawy mają się w tym przypadku jednak nieco inaczej, niż miało to miejsce w wymienionych przez ciebie przypadkach, w których postawiono na trenerów spoza karuzeli. Trener Stokowiec w przeszłości walczył o utrzymanie, wie z czym je się walka o zachowanie ligowego bytu, ale jednocześnie wydaje mi się, że ratowanie ŁKS-u to jedno z większych wyzwań w jego trenerskiej karierze.
- To jest też dyskusja, która dotyczy trendu, jaki mamy aktualnie na rynku trenerskim. Coraz częściej kluby decydują się na młodych szkoleniowców. Myślę, że Piotr Stokowiec, podejmując pracę w ŁKS-ie, miał perspektywę tego, że może nie być w najbliższym czasie w orbicie zainteresowań największych polskich klubów. Dla niego też jest to szansa, żeby przypomnieć o sobie, osiągając tutaj dobry wynik. Tym bardziej, że jego drugi pobyt w Zagłębiu Lubin był nieudany. Szkoleniowcy z doświadczeniem często nie są też obecnie rozchwytywani. Pokazują to wspomniane przeze mnie przykłady, pokazuje to Jagiellonia Białystok, która świetnie radzi sobie pod batutą Adriana Siemieńca. Polskie kluby coraz częściej podejmują nieoczywiste wybory, które okazują się być trafne. Z całą pewnością może być to czynnik, który obniża oczekiwania wobec pracodawcy u całej rzeszy doświadczonych szkoleniowców.
Ponad miesiąc pracuje w ŁKS-ie Piotr Stokowiec. W ostatnim meczu z Piastem Gliwice ŁKS-owi udało się wyrównać stan rywalizacji z 0:3 na 3:3, ale poza tą remontadą, efektu nowej miotły na razie nie widać.
- Niezły był też pucharowy mecz z Rakowem, bo prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że w takim składzie, jaki wybiegł na starcie z mistrzem Polski, będziemy w stanie tak skutecznie częstochowianom przeszkadzać. nie widzieliśmy zbyt często w końcówce kadencji Kazimierza Moskala. W spotkaniu z Lechem ŁKS miał nie najgorsze kilkanaście minut, gdyby nie głowa Fase, mogło się zrobić 2:2. Mało brakło też do tego, aby zremisować ze Śląskiem Wrocław. Na pewno budujące jest odrobienie wyniku w rywalizacji z Piastem, bo udało się wyrwać punkt, kiedy wydawało się, że zwycięstwo zespołu Aleksandara Vukovicia jest przesądzone. Z pozytywów: uważam, że Piotr Stokowiec dość szybko dochodzi do wniosków, które trenerowi Moskalowi zajęły trochę czasu i kosztowały parę punktów. Mam na myśli na przykład to, że Dani Ramirez, Engjell Hoti i Pirulo źle funkcjonują razem na boisku, choć w teorii faktycznie mogą obsadzić oba skrzydła oraz ofensywną pomoc. W praktyce - są to zbyt podobni zawodnicy, zbyt zbliżony jest ich sposób grania. Wydaje mi się, że nawet jeśli cała trójka będzie zdrowa, rzadko będzie się już pojawiać jednocześnie na murawie. Stokowiec trafnie zdiagnozował też, że największym problemem kadrowym ŁKS-u jest brak „szóstki”. Po odejściu Mateusza Kowalczyka i Michała Trąbki nie ma de facto żadnego pomocnika, który mógłby współpracować z MIchałem Mokrzyckim przy zabezpieczaniu tyłów i przerywaniu akcji rywala. Stokowiec kombinuje z przekwalifikowaniem któregoś stopera, z zagęszczaniem środka i być może jakieś rozwiązanie, które zda egzamin, się urodzi. Niektóre decyzje trenera są może trochę memiczne, jak chociażby wystawienie siedmiu nominalnych obrońców, ale to niewiele zmienia. Chodzi o to, żeby gra stała się choć odrobinę bardziej poukładana. Najbardziej zagorzali optymiści jakieś symptomy poprawy na pewno są w stanie dostrzec.
Cztery spotkania pozostały do końca ligowego grania w 2023 roku. Na ile obecnie w twojej głowie tli się iskierka nadziei na zachowanie ligowego bytu przez ŁKS? Odbierać szans łodzianom nie można, natomiast znane są koleje losu Łódzkiego Klubu Sportowego z poprzednich lat.
- Ja jako kibic, który najczęściej zakłada czarny scenariusz, myślę, że może być trudno o punktowanie w tym roku. Może być też o to niełatwo po przerwie zimowej. Moim zdaniem obecnie celem ŁKS-u powinno być przywrócenie radości fanom. Wiadomo, że będzie ciężko o jakiekolwiek punkty, ale ja byłem naprawdę ukontentowany po spotkaniu z Piastem. Podział punktów niewiele dał, ponieważ z gliwiczanami remisują przecież wszyscy, ale przynajmniej było się z czego cieszyć. Były momenty, kiedy można było wyskoczyć z miejsca, krzyknąć, kiedy można było się uśmiechnąć To jest dużo z perspektywy kibica Łódzkiego Klubu Sportowego, który śledzi na bieżąco poczynania swojej drużyny. Mnie w tych ostatnich czterech kolejkach zadowoli, jeżeli będę miał się właśnie z czego cieszyć. Może to być nawet radość po golu na remis, może to być jakieś chwilowe objęcie prowadzenia. Chciałbym mieć momenty, w których będę mógł być usatysfakcjonowany tym, co widzę na boisku. Moje oczekiwania w stosunku do ŁKS-u są bardzo niskie, więc mam nadzieję, że uda się je jakoś spełnić.
