Jak zdrówko?
- Jest całkiem nieźle. Nie lubię narzekać. Wiadomo, czasem coś drobnego dolega, ale ja się cieszę, że jest w porządku. Doświadczyłem w przeszłości, co to znaczy, jak zdrowie nie dopisuje.
Pytam także w kontekście wywiadu z Samuelem Szczygielskim weszlo.com, którego udzieliłeś latem 2019. Rozumiem, że pod tym względem wszystko jest w porządku.
- Jest ok. Nawet o tym nie myślę, aby nie przyciągać do siebie negatywnych emocji. Odpukać naprawdę nic mi nie dolega. Cieszę się z każdego dnia treningów i meczów.

fot. Mikołaj Olszewski
Jak z perspektywy kilkunastu miesięcy oceniasz odejście z Zagłębia Lubin?
- Na pewno, jeśli chodzi o kwestie sportowe, które były dla mnie najważniejszą kwestią. Miałem 29-lat i cały czas czekałem na swoją szansę, której nie dostawałem. Jestem ambitnym gościem, który chce grać, a nie siedzieć na ławce rezerwowych. Nie było mi to dane w Zagłębiu. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że zawsze dawałem z siebie wszystko. Odstawiłem sentymenty na bok i postawił na rozwój, z tego też względu nie żałuje przenosin do Korony Kielce.
A masz do Zagłębia Lubin żal, że nie dostałeś tej szansy?
- Nie, nie ma żadnego żalu. Dzięki Zagłębiu dostałem szansę gry w młodzieżówkach, zadebiutowałem w ekstraklasie, wywalczyłem awans do ekstraklasy, zdobyliśmy brązowy medal. Poznałem tu wiele fantastycznych ludzi. To że coś czasami nie wyszło, mówię, to jest piłka, czasem tak się dzieje. Tak jak mówiłem przy pożegnaniu, jeśli kogoś rozczarowałem, to mogę raz jeszcze przeprosić. Czasem być może byłem nawet za bardzo zaangażowany, jeżeli chodzi o klub. Dobro zespołu zawsze było dla mnie na pierwszym miejscu.
Który moment wskazałbyś za najgorszy i najlepszy podczas tych dwunastu lat w Lubinie?
- Najgorszy to na pewno, gdy otrzymałem czerwoną kartkę w meczu z Wisłą Kraków, co zapewne wiele osób pamięta. Wówczas zobaczyłem, że przysłowie o prawdziwych przyjaciołach, których poznaje się w biedzie, naprawdę jest życiowe. Zobaczyłem również, jak szybko spaść można ze szczytu. Tak naprawdę czekałem sześć lat na to, aby dostać szansę, no i przytrafił się ten błąd. To była dla mnie lekcja. Trzeba było tłumaczyć się, jeździć na Komisję Ligi. Wyciągnąłem z tej sytuacji wnioski, bo na czym się uczyć, jeśli nie na swoich błędach.
- Dużo było też pozytywnych momentów. Awans do ekstraklasy, zdobyty brąz, europejskie puchary. Wiadomo, że nie byłem pierwszoplanową postacią, aczkolwiek czułem się ważną częścią tego zespołu. Drużyna to dla mnie świętość.

fot. Tomasz Folta/zaglebie.com
Odbierałeś transfer do Korony, jako krok w tył? Zamieniłeś ekstraklasę na jej zaplecze.
- Raczej jako krok do przodu. Bo patrząc na ten sezon przed moim odejściem do Korony, nie rozegrałem w Zagłębiu ani jednego meczu w ekstraklasie. Były momenty, w których można było wtedy, uważam, zrobić zmianę, ale tak się nie stało. Pozycja bramkarza jest taka, że miejsce jest jedno, często drugi golkiper większość czasu nie wstaje z ławki rezerwowych. Dyrektor Paweł Golański zadzwonił do mnie, przedstawił mi projekt, jak widzą to wszystko włodarze klubu. Pierwsze skojarzenie wielu ludzi, którzy orientują się w ekstraklasowych realiach, jeśli chodzi o Koronę Kielce, to słynna „Banda Świrów”. Bodziec do rywalizacji to jedno, otoczka drugie. Po tym sezonie udało się też wrócić do elity z Koroną, co jest również super sprawą.
OK, a czym różni się Konrad Forenc dzisiaj od tego sprzed roku, przed odejściem z Zagłębia?
- Na pewno tym, że jest regularnie grającym bramkarzem, a to jest bardzo ważne, jeśli chodzi o pewność siebie, pewność boiskową. Pod względem życia codziennego, człowiek się uczy na bazie nowych doświadczeń. Ja zawsze też starałem się te doświadczenia przekładać też na zespół. Wiesz, nie sztuką jest zgrywać szefa, gdy dobrze się wiedzie. Sztuką jest wziąć na siebie odpowiedzialność, gdy jest trudniejszy okres, gdy nie idzie. Doświadczenia z barażów też sporo mi dały, bo dwumecz z Chrobrym był pełny dramaturgii, zwrotów akcji. Awansowaliśmy do ekstraklasy, a ja miałem w tym swój wkład, z czego się bardzo cieszę.

fot. zaglebie.com
W przeszłości miałeś okazję współpracować z trenerem Piotrem Stokowcem, który pod koniec grudnia powrócił do Lubina. Jak wspominasz współpracę z tym szkoleniowcem?
- Trener Piotr Stokowiec postawił na mnie w pierwszej lidze, gdzie wiadomo, jaka była sytuacja. Potem ta wspomniana już czerwona kartka z Wisłą Kraków, która skomplikowała moją sytuację. Miałem okazję rywalizować z trenerem i dobrze wspominam te starcia. Zobaczymy, jak będzie tym razem.
Porozmawiajmy o Koronie. Wywalczyliście awans do ekstraklasy rzutem na taśmę…
- Muszę przyznać, że naprawdę emocji nie brakowało. Uważam, że dobrze przygotowaliśmy się do tych baraży, bo najpierw rywalizowaliśmy z Odrą Opole. Mieliśmy im dużo do udowodnienia, ponieważ niecały miesiąc wcześniej po meczu z nimi nie mieliśmy już szans na bezpośredni awans. Wygraliśmy 3:0. Potem przyszedł mecz z Chrobrym Głogów. Wiedzieliśmy doskonale, że jest to dobrze zorganizowana drużyna. Kontrolowaliśmy mecz, ale w przeciągu dwóch minut popełniliśmy dwa błędy, które spowodowały, że na przerwę zeszliśmy, przegrywając 1:2. Dwie minuty zmieniły całkowicie obraz pierwszych 45 minut tamtego spotkania. Trzeba było podczas przerwy się pozbierać i dźwignąć to wszystko, aby odwrócić stan meczu. W 119. minucie zdobyliśmy zwycięską bramkę. Piękne uczucie.
Porozmawiajmy o obecnie trwającej kampanii. Po ostatniej serii gier znaleźliście się przecież w strefie spadkowej…
- Sami sobie zgotowaliśmy obecność w strefie spadkowej. Panuje natomiast u nas pełny spokój. W tym sezonie udowodniliśmy już, że potrafimy punktować na trudnych terenach. Po tym całkiem dobrym starcie, kiedy wygraliśmy ze Śląskiem Wrocław czy Lechią Gdańsk, nastąpił spadek formy. Nasza kadra jest doświadczona, jest sporo piłkarzy, którzy potrafią wziąć odpowiedzialność na swoje barki, w związku z czym jestem dobrej myśli.
Dość szybko otrzymałeś w Koronie kapitańską opaskę.
- To było tak, że przychodziłem do Korony pomóc zarówno na boisku, jak i w szatni. Sztab szkoleniowy docenił moje zaangażowanie i wolę walki, charakter. Jest hierarchia w zespole. Jeżeli nie ma niektórych zawodników, to ja biorę to na swoje barki. Podobnie było w Lubinie. Ja zawsze powtarzam, że może zabraknąć sił, można popełnić błąd, ale nigdy nie może zabraknąć serca do walki.
Czyli nie zrobiło się nerwowo po tym, jak znaleźliście się w tej strefie spadkowej?
- Nie, bo tabela jest aktualnie mocno spłaszczona. Po jednej wygranej można się znaleźć już wyżej, dlatego wszystko przyjmujemy na spokojnie. Mamy też doświadczenia z poprzedniego sezonu na zapleczu, gdzie tabela była również spłaszczona i można było się równie dobrze znaleźć na miejscu, które nie gwarantuje udziału w barażach. Musimy zrobić wszystko, aby zwyciężyć w Lubinie. Potem będziemy się zastanawiać, co będzie dalej.
Nie najlepiej wygląda też statystyka straconych bramek, bowiem po jedenastu kolejkach jesteście pod tym względem trzeci od końca w Ekstraklasie.
- Zepsuliśmy sobie statystykę straconych goli tym ostatnim spotkaniem z Jagiellonią. Wcześniej nie wyglądało to źle. Pierwszy gol padł w kuriozalnych okolicznościach, o których mówiło się zresztą w całej Polsce. Skończyło wyrównaniem w geście fair play. Później dwa rzuty karne po zagraniach futbolówki ręką. Czwarte trafienie padło, gdy się już całkowicie otworzyliśmy, bo nie było już nic do stracenia. Tak jak już powiedziałem, to jest tylko statystyka, mecz z Jagiellonią jest do poprawy i tyle.

fot. zaglebie.com
Śledzisz poczynania Kacpra Bieszczada, który jako 20-latek z powodzeniem radzi sobie w bramce „Miedziowych”?
- To znaczy w ogóle śledzę Zagłębie Lubin. Spędziłem tutaj kupę czasu, wobec czego trudno nie podpatrywać starych znajomych.
Serducho zabije mocniej w niedzielę?
- Nie ma co ukrywać, że to będzie spotkanie inne niż wszystkie. Wielu wartościowych ludzi poznałem w Lubinie. Fajnie będzie wrócić do miejsca, do domu, gdzie zna się każdy kąt. Na pewno to będą zupełnie inne emocje.
Bywasz jeszcze w Lubinie?
- Teraz jest trudno, bo jest bardzo daleko od Kielc. Jeśli mam być szczery, to byłem tylko raz przejazdem, kiedy graliśmy w zeszłym sezonie na Chrobrym Głogów. Byłem odwiedzić ludzi z zespołu na szybką kawę i to było tyle.
Latem do Korony Kielce trafił też Sasa Balić, który także był związany z „Miedziowymi” przez długi czas. Rozmawialiście może o najbliższym meczu?
- Tak, oczywiście. Sam też transfer Sasy do Korony był dla mnie sentymentalny. Najpierw to on, jako kapitan, jeszcze w Zagłębiu, żegnał mnie. Było szybsze serca bicie, nie ma co ukrywać. Minął rok, a ja witałem go w Koronie.
Jakie będzie niedzielne spotkanie?
- Trudno określić, bo jedziemy na teren rywala, który wygrał ostatnio dwa mecze z rzędu. My ostatnio przegraliśmy wysoko z Jagiellonią, ale uważam, że nie zasłużyliśmy na tak wysoką porażkę. Jeśli dołożymy kropkę nad „i” to myślę, że jesteśmy w stanie wygrać w Lubinie. Liczę też, że stworzymy fajne widowisko, w którym jednak tym razem wygra Korona.
