Przez kilka tygodni wszystko wyglądało jak scenariusz bez drugiego dna. Rocha z zespołem wyjechał na obóz do Turcji, zagrał w sparingu, funkcjonował w szatni jak pełnoprawny zawodnik Zagłębia. Klub publicznie dawał sygnały, że chce go zatrzymać. Zapis w umowie był jasny: opcja wykupu istnieje, kwota znana, decyzja po stronie naszej drużyny. Sam piłkarz chciał pozostać w Zagłębiu, bo po miesiącach chaosu wreszcie miał stabilizację, rolę lidera i drużynę, która potrafiła go obsłużyć. To przecież powinno być w tej sytuacji najważniejsze.
Wydawało się, że to jeden z tych momentów, gdy po prostu trzeba zrobić krok do przodu. Zamknąć temat, zapłacić, wziąć na siebie odpowiedzialność. Skuteczny napastnik nie jest towarem, który leży na półce w promocji. Rynek jest brutalny, a gole mają swoją cenę. 900 tysięcy euro to dla Zagłębia wydatek duży, nawet rekordowy, ale też wydatek uzasadniony sportowo jak mało który w ostatnich latach.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się historia, która z rozsądnej operacji zmieniła się w farsę.
Zagłębie postanowiło negocjować coś, co wcześniej samo zaakceptowało. Próbować urwać końcówkę, przeciągać rozmowy, liczyć na cud. Tyle że po drugiej stronie stołu siedział Raków, klub, który nie buduje swojej pozycji na sentymentach. Raków sprzedaje na swoich warunkach. Zawsze. Każdy, kto śledzi PKO BP Ekstraklasę, wie, że tam nie ma miejsca na miękką grę.
Efekt? Rozmowy do ostatniego dnia i nagłe „nie”. Rocha w połowie zgrupowania dowiaduje się, że ma się pakować i zmienić hotel, bo Raków w Turcji przebywa w tej samej miejscowości. Sprzęt oddany, torba zamknięta, następnego dnia przejazd kilkanaście kilometrów do obozu wicemistrza Polski. Absurd gotowy na memy, ale dla samego zawodnika to po prostu policzek.
Z informacji jakie do nas docierały wynika, że na finiszu padały już propozycje ratunkowe. Deklaracje ze strony otoczenia piłkarza, by zejść z oczekiwań, by dopiąć temat, by nie wysadzić całego procederu w powietrze. Problemem nie była połowa kwoty, nie była rewolucja finansowa. Rozjechała się końcówka. Kilka procent całości. Grosze w skali całej operacji, które stały się pretekstem do wycofania się z decyzji.
To właśnie ten moment najbardziej boli. Bo pokazuje, że nie zabrakło pieniędzy. Zabrakło odwagi, spójności i elementarnego wyczucia sytuacji. Ale również ogłady ze strony Rafała Ulatowskiego, Pawła Jeża oraz Rady Nadzorczej.
Kibice czują się oszukani, bo widzą, że klub miał w ręku realną wartość i sam ją wypuścił. A na koniec wszyscy dostali do przeczytania komunikat, w którym Zagłębie umywa ręce i informuje, że „Raków skorzystał z możliwości skrócenia wypożyczenia”. To kuriozum i wstyd.
Ani słowa o tym, że można było temu zapobiec. Ani słowa o tym, że decyzja leżała po stronie prezesa Pawła Jeża, dyrektora Rafała Ulatowskiego i Rady Nadzorczej. Ani słowa refleksji. Sucha notka, podziękowania i życzenia powodzenia. Jakby nic się nie stało.
W międzyczasie prezes klubu ruszył w medialny objazd po zaprzyjaźnionych dziennikarzach (z TVP Sport do klubu trafił rzecznik Przemysław Chlebicki), próbując tłumaczyć, że całość kosztowałaby kilkanaście milionów złotych, że nie można tworzyć kominów płacowych, że to decyzja spółki, a nie pojedynczych osób. Problem w tym, że te wyjaśnienia rozmijają się z narracją, którą klub sam budował wcześniej. Jeśli to było za drogie, trzeba było powiedzieć to jasno i odpowiednio wcześnie. Jeśli nie było pieniędzy, nie należało sprawiać wrażenia, że sprawa jest formalnością. A klub wykorzystał Leonardo Rochę nawet do filmów promujących karnety.
Na dziś bilans jest prosty. Raków ma napastnika gotowego do gry. A czy Zagłębie ma plan B? Co w przypadku kontuzji Michalisa Kosidisa? Kim będziemy grać w ataku?
Czy da się jeszcze odkręcić tę historię? Teoretycznie tak. Futbol widział już większe zwroty akcji. Ale nawet jeśli wydarzy się cud, to niesmak zostanie. Bo to nie była porażka negocjacyjna. To była porażka decyzyjna i obnażająca braki osób zarządzających klubem. Wielopoziomowa, głośna i bardzo widoczna. Która już w ostatnich miesiącach?
Leonardo Rocha trenuje dziś z Rakowem. A Zagłębie znów musi tłumaczyć się z tego, dlaczego samo podstawiło sobie nogę. I to boli najbardziej.

